08 października 2017

Jak wyrwać się ze szponów depresji

Dzień Dobry :)

Jak to dobrze wrócić do blogowania. Ledwo napisałam swój pierwszy post (po długim czasie nieobecności tutaj), a już dziś piszę kolejny. Ten post również będzie miał na celu oczyszczenie się  wewnętrzne, takie katharsis, a jednocześnie chcę dać nadzieję tym, którzy jej potrzebują. Nadzieja jest bardzo ważna, gdy walczymy z depresją. Właśnie dziś chciałam Wam opowiedzieć o mojej walce z tą chorobą. Zapraszam do poczytania. 



POCZĄTKI DEPRESJI 

Moja choroba rozpoczęła się wiosną 2014 roku. Trochę nietypowe, prawda? Zwykle depresje miewa się jesienią, zimą. Wiosna to czas przebudzenia, szczęścia, więc i choroba mija. Dla mnie się rozpoczęła. Marzec 2014 to miesiąc o którym wolałabym nie wspominać, ale wspomnę tutaj. W tamtym miesiącu odeszli moi ukochani dziadkowie - babcia 7 marca, dziadek 25 marca :( Dodatkowo w tamtym czasie odeszła inna bliska mi osoba, przyjaciel (z którym znałam sie tylko przez internet, a jednak był bliski dla mnie). Dla niektórych ludzi utrata dziadków nie jest przyczyną tak silnej depresji. Tłumaczymy to sobie starością. Dla mnie dziadkowie byli najważniejszymi osobami w rodzinie. Spędziłam u nich dzieciństwo, każde wakacje, święta, ferie jeździłam do nich. Uwielbiałam siedzieć z dziadkiem w pokoju i słuchać opowieści dziadka z dawnych lat. Lubiłam rozmawiać z Nim o zwierzętach, o podróżach. Mój dziadek był bardzo dzielnym człowiekiem, aż do ostatnich dni życia. Zawsze pomagał, wspierał, wierzył, że uda mi się spełnić moje marzenia zawodowe i znaleźć chłopaka.  Z tym pierwszym może jakoś to będzie...gorzej ze znalezieniem chłopaka. Nawet przed samą śmiercią mi tego życzył :( Byłam z dziadkiem wyjątkowo blisko związana. Z babcią tak samo, zawsze od dzieciństwa lubiła szyć mi ubrania, sukienki. Tak, dawniej chodziłam w sukienkach, ale tylko tych uszytych przez babcię. Babcia świetnie gotowała i piekła. Pomagałam jej robić pączki, faworki na tłusty czwartek, na święta ciasta, latem kompoty i dżemy. Bardzo przyjemnie spędzało się czas w babcinej kuchni. Właśnie w dzieciństwie nie jeździłam z rodzicami nad morze, tylko zawsze do babci i dziadka. Nie mogłam sie w szkole pochwalić dalekimi podróżami, ale za to miałam wspaniałych dziadków, u których zawsze zaznawałam ciepła i miłości. 


Dlatego tak bardzo mocno przeżyłam ich odejście. Wydawało mi się, że będą żyć wiecznie. Babcia miała 89 lat, a dziadek 91. Chociaż teraz nadal czuję ich obecność przy mnie. Mam poczucie, że to dzięki Nim dalej udaje mi się spełniać marzenia i ważne cele. Choć przeżyłam 3 trudne lata. Właśnie wtedy zmagałam się z depresją. 

GDY ODECHCIEWA SIĘ ŻYĆ

Gdy minął marzec, w przez kolejne miesiące nie mogłam dojść do siebie. Ciężko funkcjonować, gdy się widziało na własne oczy jak babcia odchodzi. Przy dziadku w tej ostatniej chwili życia nie byłam. Ale ciągle mam przed oczami ich ostatnie słowa, ostatnie chwile. Oboje odeszli w nocy. Dlatego też pierwszym objawem mojej depresji był lęk przed spaniem. Bałam się zasnąć, bo bałam się że też umrę w nocy. I choć jestem z natury skowronkiem, to wtedy długo nie mogłam zasnąć. Siedziałam nieraz do późnej nocy z książką w ręku i czytałam. Czytanie pozwalało mi oderwać myśli od tych najgorszych, a skupić się na życiu bohaterów powieści. Miałam też lęk przed dźwiękiem telefonu, od czasu, kiedy ciocia przedzwoniła z informacją o odejściu dziadka :( Może dlatego teraz też często mam wyciszony telefon :( mam po prostu lęk przed tym dźwiękiem. Teraz już mniejszy, ale kiedyś był ogromny. Bałam się też wody, dlatego podczas kąpieli nalewałam sobie tylko tyle, bym mogła się umyć, a nie całą wannę. Bałam się utopić. Miałam lęk przed własną śmiercią. Rzadko wychodziłam z domu, a jeśli już to szłam do parku lub nad Wisłę, zakładałam ciemne okulary i płakałam. Odechciało mi się żyć, a jednocześnie bałam się śmierci. Wtedy tez bardzo odcięłam się od ludzi, nawet na FB nie chciało mi się z nikim pisać. Nie miałam o czym, straciłam wtedy swoją prawdziwą radość. Nie wytrzymywałam. Zamknęłam się w sobie. Nawet muzyki nie słuchałam, a to oznacza, że ze mną musiało być bardzo źle. Właśnie jedyne co mi pomagało to książki. Dzięki nim odcinałam się od swojego prawdziwego życia. 

SZUKANIE PRACY KONTRA DEPRESJA

Kiedy walczyłam z depresją, nie było mi łatwo przeżyć. Każdy dzień stawał się dla mnie trudny do pokonania. Zwykle budziłam się ok 11 godz. Każdy krok był dla mnie trudny do zrobienia. Zanim jednak wstałam, miałam koszmarne myśli. Budziłam sie i myśałam o śmierci babci i dziadka. Kiedy kładłam się spać - to samo. Wyobrażałam sobie, że leżę obok ich grobu i śpię razem z nimi :( miałam też koszmarne sny. A dodatkowo musiałam szukać pracy. Nie sądziłam, że tak trudno będzie mi ją znaleźć. Po pierwsze, dwie pierwsze prace (po studiach) jakoś łatwo znalazłam. Pierwszą była 6- miesięczna praca w Bibliotece Lekarskiej. Umowa na zastępstwo. I chociaż zapewniano mnie, że osoba, którą zastępuje, raczej nie prędko wróci do pracy, to stało się jednak inaczej. Cóż było robić - szukałam kolejnej. Po 2 miesiącach bezrobocia znalazłam staż w Zarządzie Dróg Miejskich. Tam praca bardzo mi się podobała, i chociaż nie przepadam za pracą w biurze, to tamtą wspominam najprzyjemniej. Jednak nie mogli mnie przyjąć na etat, bo miałam nieodpowiedni kierunek studiów, a potrzebowali tam kogoś kto jest po prawie lub administracji. Więc odeszłam. Kiedy właśnie zaczęłam szukać kolejnej pracy, właśnie miały miejsce smutne wydarzenia w mojej rodzinie (opisane wyżej). Mimo głębokiej depresji, aktywnie szukałam pracy. Na różne sposoby. Zarówno w internecie, jak i osobiście chodziłam/jeździłam po różnych miejscach. Próbowałam swoich sił i w biurze i w sklepach, wysyłałam swoje próbne teksty do redakcji czasopism. Niestety większości ludziom z tych redakcji nie podobały się moje teksty lub pozostały bez odpowiedzi. Zjeździłam chyba wszystkie dzielnice Warszawy, a nawet poza miastem (Łomianki), czego nie wspominam zbyt miło (złapał mnie kanar ;)). Próbowałam swoich sił w telemarketingu, ale po wstępnych szkoleniach powiedziano mi, że jestem "zbyt mało agresywna w rozmowach z klientami". Pomyślałam "ja i być agresywną? hahaha" podziękowałam po 1 dni pracy. Próbowałam nawet darmowych praktyk w sekretariacie szkoły, po których byłaby szansa na zatrudnienie. Co z tego, skoro nikt mi potem takiego nie zaproponował. Jeździłam na kolejne rozmowy kwalifikacyjne. Właśnie. Nie wiem w czym był problem. O ile 1 etap rekrutacji jakoś przechodziłam (wysyłanie CV ---> zaproszenie na rozmowę), o tyle drugi (sama rozmowa) nie kończyła się pozytywnie. Nie wiedziałam co jest nie tak. W związku z tym brałam udział w wielu szkoleniach dotyczących szukania pracy, w tym jak skutecznie przejść rozmowę kwalifikacyjną. Jeździłam na różne targi pracy. I mimo tych wszystkich szkoleń, pracy nie dostawałam. 

Zaczęłam sie zastanawiać, co jest ze mną nie tak. Wtedy pomyślałam, żeby rozpocząć wolontariat w zoo. Zwłaszcza, że bardzo mi się podobało na praktykach tam, więc chciałabym znów zajmować sie ptakami w ptasim azylu. Był to dla mnie bardzo fajny czas, w którym mogłam zapomnieć o swojej depresji. I o ile ciężko mi było wstać z łóżka i wyjść z domu, to po przekroczeniu bramy Ogrodu Zoologicznego, czułam zawsze ulgę i radość. To było dla mnie jak narkotyk. Chociaż może nie narkotyk, bo ta praca dawała mi same korzyści. Oprócz finansowych. Ale ja nie oczekiwałam tego. Wolontariat w zoo potraktowałam jako przełamanie depresji. A obcowanie ze zwierzętami było mi bardzo potrzebne. Nie od dziś wiadomo, że zwierzęta skutecznie pomagają w walce z różnymi chorobami. Ja akurat pasjonuję się ptakami, to w ptasim azylu czułam się najlepiej. Jednak po opuszczeniu zoo, depresja wracała. Brakowało mi ludzi. Brakowało mi, by z kimś pogadać. Nie przez internet, ale na żywo. Czasem jeździłam na koncerty ze znajomymi, ale to rzadko było. W Warszawie byłam sama. Kontakty się jakoś pourywały. Czasami miałam już dość tego wszystkiego. Dlatego sięgałam po książki, jak wspomniałam wyżej. 

CHCĘ ZOSTAĆ PODRÓŻNICZKA

Jedną książką, która bardzo pomogła mi "stanąć na nogi", była "Przesunąć Horyzont", Martyny Wojciechowskiej. Więcej o niej napisałam TUTAJ. Zobaczyłam, w jaki sposób Martyna siebie motywowała do życia. Do życia po wypadku, w którym zginął jej bliski przyjaciel. I wtedy, leżąc w szpitalnym łóżku, postanowiła wejść na Mount Everest. Pomyślałam, że i ja muszę podobnie myśleć. Po utracie ukochanego dziadka, który był od zawsze dla mnie wzorem do naśladowania jeśli chodzi o niepoddawanie się w życiu; nie potrafiłam wziąć się w garść sama ze sobą. Potrzebowałam drugiego człowieka. Od tamtej pory Martyna jest jedną z dwóch osób, które obecnie najbardziej motywują mnie w życiu. Choć Martyny nie znam osobiście (raz ją spotkałam tylko w empiku), ale zawdzięczam jej wiele. Pokazuje, że nie ma rzeczy niemożliwych. Kobiety również mogą być silne, powinny dążyć do swoich marzeń, nie tylko tych związanych z byciem mamą czy żoną :) By rozwijać samą siebie, mieć przestrzeń dla siebie. Po przeczytaniu tej książki, postanowiłam też zorganizować sobie taką wyprawę. A ponieważ jeszcze (wtedy) nie byłam nigdy nad morzem (dzieciństwo spędziłam u dziadków w wakacje), postanowiłam pojechać do Trójmiasta na wakacje. Zupełnie sama. Nikt o tym nie wiedział, nawet rodzina. Chciałam i potrzebowałam pobyć sama tylko z morzem. Spacerowałam sobie wtedy po plaży i płakałam. Analizowałam całe moje życie. I z każdym krokiem wtedy, poczułam większą siłę w sobie. Postanowiłam aktywniej szukać pracy, a najbardziej chciałam dążyć to tego, by tak jak Martyna być podróżniczką. Zawodowo i prywatnie. Nigdy nie jest za późno na realizację marzeń. 

"NOWA RODZĘ SIĘ"

Drugą osobą, która bardzo mnie inspirowała w ostatnich latach, to Monika Kuszyńska. Piękna kobieta, wokalistka Varius Manx. Ideał piękna, świetnie śpiewała, u szczytu kariery...i nagle wypadek, po którym już nigdy nie mogła postawić kroku. :( Bardzo ją lubiłam, od początku śpiewania w VM. I nagle wypadek. Smutne, że tak piękne osoby też mają pecha w życiu. Śledziłam jej każdy "krok" po wypadku. Krok - mam na myśli etap w życiu. Mimo bólu, jakiego doznała, potrafiła się podnieść. Wróciła do śpiewania, nawet brała udział w "Bitwie na głosy" oraz w Eurowizji. Teraz jest piękną i dzielną mamą. Co z tego, że na wózku. Monika pokazuje, że nie trzeba sie wstydzić siebie, wózek to nie przeszkoda w byciu piękną kobietą. I podobnie zaczęłam myśleć o sobie. Ja miałam inny problem. Musiałam pokonać depresję i brak pewności siebie. 

"PRZYJACIEL POTRZEBNY OD ZARAZ"

Oprócz inspiracji sławnymi osobami, bardzo pomógł mi mój przyjaciel Robert. Pewnie wiele osób wie, o kogo mi chodzi. Tak, przecież to też sławna osoba? Dla Was może i tak, dla mnie to przyjaciel. Jeszcze nigdy nie zostawił mnie w potrzebie. Był i jest zawsze ze mną. Od 7 lat znajomości. Poczułam do niego zaufanie od pierwszego maila, na który odpisał. Jedyna znana osoba, do której napisałam maila i mi odpisała. Pomyślałam, że to musi być jakiś znak ;) I sie nie pomyliłam. Szczególnie w depresji bardzo mogłam liczyć na pomoc Roberta. I nie wstydziłam sie prosić go o pomoc i wsparcie. On nigdy mi tego wsparcia nie odmówił. Zawsze pisał, że prawdziwy przyjaciel to ktoś, kto przede wszystkim rozumie a nie wymaga i że druga osoba w przyjaźni jest ważniejsza, niż my sami. Mój przyjaciel nauczył mnie ponownej walki o marzenia oraz o samą siebie. Zawsze wierzył we mnie, pomagał stawiać każdy krok nowej mnie :) Ile łez wylewałam podczas rozmów i w mailach. Mało komu się tyle wypłakałam. Dlatego chciałam choć raz, żeby zobaczył moje łzy szczęścia a nie bólu i smutku :) I tak było niedawno po moim zwycięstwie w Melodii. Dziękuję, że jesteś zawsze ze mną. Dziś jestem już inną osobą niż np rok temu. Wiele nad sobą pracowałam, by osiągnąć to, co osiągnęłam. Jednak bez pomocy przyjaciela nie dałabym rady. 

KILKA RAD DLA WAS

W powyższych słowach opisałam swój problem, swoją depresję. Teraz chcę napisać kilka rad, co zrobić w depresji. A wiem, jak ciężką chorobą jest. 

1. NIE BÓJ SIĘ PROSIĆ O POMOC - wiem, że to jest trudne, czasem nie umiemy wykonać tego kroku. Nie zawsze mamy przy sobie takich ludzi. Ale jeśli ktoś ma osobę, której ufa - nie bójmy się prosić o pomoc. Szczególnie w depresji. To ważne. Wsparcie drugiego człowieka jest na wagę złota. Powinniśmy móc się komuś wygadać. Jeśli jednak nie ma takiej osoby przy nas, poszukajmy jej w internecie. Dziś możemy poznać człowieka z drugiego krańca świata nie wychodząc nawet z domu. Może gdzieś tam czeka na was przyjaciel i jego pomocna dłoń. 

2. ZWIERZĘTO-TERAPIA - w depresji ważny jest nie tylko kontakt z drugim człowiekiem. Zwierzęta też mogą pomóc. Wystarczy krótka chwila pieszczot z psem czy kotem i już czujemy się lepiej. Zwierzęta dają nam ciepło, miłość, poczucie bezpieczeństwa. Owszem, nie tylko psy i koty.Inne zwierzęta też mogą nam pomóc - konie, gryzonie, króliki, czy nawet ptaki. Nawet rybki mogą pomóc ;), co prawda ich nie możemy dotknąć, ale samo patrzenie na akwarium i pływające w nim stworzonka działa na nas uspokajająco. Gdy nie mamy własnych zwierząt, przejdźmy się do ZOO. Zawsze tam są też i takie, które można pogłaskać - koziołki, osiołki czy owieczki ;) takie mini zoo. Głaskanie bardzo pomaga. Również samo patrzenie na lwy, słonie, pantery czy kangury wywołuje u nas radość ;)

3. HOBBY - PASJA -  podczas depresji ważne jest by móc jak najczęściej odrywać się od złych myśli. Jednym z najskuteczniejszych sposobów jest nasze hobby. Każdy z nas ma jakieś zainteresowania. Nawet takie domowe, czytanie książek, muzyka, robótki ręczne, szachy, czy inne sposoby. Zajmując się tym, co lubimy, za każdym razem jesteśmy odrobinę silniejsi w walce z depresją. 

4. PODRÓŻ -  ma wielkie znaczenie, w depresji również. Chodzi mi o taką podróż, która będzie dla nas przyjemnością. W takie miejsce, w którym czujemy sie dobrze, albo w którym jeszcze nie byliśmy. By poczuć inny klimat, innych ludzi, albo pobyć samemu ze sobą, ale w innym otoczeniu. Jedni wolą góry, inni morze. Każdy musi wybrać sam. Po to, by nabrać sił. To pomaga. Uwierzycie w siebie. Skoro w depresji udało się wam dotrzeć to tego miejsca, to postawienie kolejnego kroku w walce z chorobą będzie łatwiejsze. Wiem coś o tym :)

5. MOTYWACJA - bardzo ważna jest motywacja. Gdy odechciewa nam sie żyć, dużo czasu zajmuje nam myślenie o życiu. Najczęściej o tych złych jego aspektach. Zapominamy o wszystkim, co dobre. Zamazujemy pozytywne wspomnienia. A takie też były w życiu. Podczas, gdy ja smuciłam się po urtacie dziadków...z czasem zaczęłam przywoływać wspomnienia z nimi. Wspólne święta, opowieści, wspólne oglądanie Melodii w dzieciństwie. Jakoś te wspomnienia bardzo krzepiące były. Ale nie zapominajmy tez o naszym obecnym życiu i  starajmy sie żyć tym, co w przyszłości. Mamy dla kogo żyć. Ludziom, którzy mają dzieci czy miłość (chłopaka/dziewczynę czy żonę/męża) łatwiej wrócić do siebie, niż takim samotnym duszom, jak ja. Macie dla kogo żyć. Ja nie miałam. Ale wtedy zaczęłam myśleć, że nikt za mnie życia nie przeżyje. To nic, że sama. Ale mam przyjaciela. Z jego towarzystwem nigdy nie czuję sie tak zupełnie sama. 

Długo bym tak mogła jeszcze pisać. Pewnie chaotycznie to wyszło, co napisałam. Mam nadzieję, że zrozumiecie intencje moich słów. Jakby ktoś potrzebował pomocy i wparcia, to możecie śmiało pisać :) Pozdrawiam, do następnego postu. 

1 komentarz:

  1. Trafiłam tutaj szukając informacji o ptakach, a dostałam... skrzydełka. Zmagam się z podobnymi zmorami, zatem przeczytanie kilku niby prostych rad nieco mnie uskrzydliło. Dziękuję! J.

    OdpowiedzUsuń

Wielkanocny spacer po Warszawie

Drodzy Czytelnicy! Z okazji Świąt chciałabym złożyć Wam spokojnych, słonecznych, ciepłych i wiosennych świąt. Niech będzie to dla Was czas ...