12 maja 2017

ROZDZIAŁ 4

ROZDZIAŁ 4



Marek Wójcik był znanym warszawskim dyrygentem i kompozytorem. Pracował od 30 lat w tym samym Teatrze Syrena. Był wybitnym muzykiem i posiadał słuch absolutny. Potrafił szybko wychwycić, czy ktoś fałszuje, czy nie. Marek prowadził chór teatralny. Był z niego bardzo dumny. Traktował je jak swoje drugie dziecko. Pierwszym była oczywiście Sandra. Marek traktował swój chór w sposób wyjątkowy – pielęgnował go niczym ogrodnik, pracował z nim do późnych godzin nocnych. Uczył swoich podopiecznych nie tylko, jak poprawnie śpiewać, ale też jakim być człowiekiem na scenie i w życiu. Uczył ich pewności siebie.
Niestety Marek posiadał jedną wadę – nie znosił popełniania błędów. Był profesjonalistą w każdym calu, szczególnie w swojej pracy. Oczekiwał od swoich współpracowników tego samego. Generalnie Marek był spokojnym i opanowanym człowiekiem, ale gdy zbliżała się premiera jakiegoś ważnego spektaklu czy inne ważne wydarzenie wtedy był bardzo nerwowy. Chciał, by wszystko wypadło idealnie, żeby nikt nie fałszował, nikt nie pomylił słów w tekście piosenki. Marzył, by śpiew jego chóru zawsze zbierał owacje na stojąco. Gdy tego elementu zabrakło, uznawał, że coś poszło nie tak, że wokaliści nie postarali się, nie dali z siebie wszystkiego. Wtedy nie potrafił opanować złości.
W kawiarni Teatru Syrena pracowała Anna. Była zawsze skromną dziewczyną, a kiedy prosił o przyniesienie kawy do sali prób z bufetu, zawsze lubił i chciał by to Anna mu ją przyniosła. Pozwalał jej siedzieć na widowni, by mogła obserwować i przysłuchiwać się próbom jego chóru. Czuł się wtedy taki dumny, a zarazem szczęśliwy. Marek miał wtedy może ze 30 lat, a Anna około 20. Byli jeszcze bardzo młodzi, z wielkimi ambicjami na przyszłość zawodową, choć każdy w innej dziedzinie. Bardzo chciał, żeby Anna zaśpiewała jakąś jego piosenkę albo w ogóle wydobyła z siebie jakiś dźwięk, który można nazwać śpiewaniem. Chciał też, żeby śpiewała w jego chórze, ale nie potrafił jej o to zapytać, a sama też milczała.
Gdy doszło do przykrej sytuacji, w której Anna pomyliła się podczas śpiewania, zastępując chorą koleżankę, był wściekły. Może nie na samą Annę. W końcu pierwszy raz odważyła się użyć swojego głosu przy nim. „Głos miała prześliczny, niczym słowik”, wspominał dyrygent po latach. Ale zaraz głupio mu się zrobiło na myśl o tym, co było potem. Nakrzyczał na Annę. Wpadł w furię, a koncert okazał się klapą. To wszystko, nad czym pracował, poszło na marne. Ludzie na publiczności… chyba nie zauważył ich reakcji, choć zawsze liczył się z jej zdaniem. Emocje wzięły górę nad rozsądkiem. Wyrzucił Annę z koncertu i z teatru. Potem bardzo tego żałował, ale nigdy nie potrafił przeprosić. W sumie od tamtej pory nie widział jej. Przestała pracować w kawiarni teatralnej i słuch o niej zaginął.
Marek miał wyrzuty sumienia. Nieraz budził się w nocy z powodu koszmarów, jakie nawiedzały go we śnie. Przebieg tych snów był bardzo podobny. Anna w długiej czerwonej sukni śpiewa arię operową najwyższym z możliwych głosów. Śpiewa tak głośno, że aż uszy zaczynają Marka boleć. Aż w końcu głuchnie od tego dźwięku…zupełnie jak u ptaków głuszców. I wtedy zwykle Marek się przebudza. „Jakie to szczęście, że jednak nie jestem głuchy”, pomyślał dyrygent po przebudzeniu. „Wtedy nie mógłbym komponować”.
Marek miał jedyną córkę, Sandrę. Obecnie miała 20 lat. Przez większość życia wychowywał ją sam. W wieku 35 lat ożenił się z piękną kobietą imieniem Sandra. Cóż za zbieg imion, lecz nie przypadkowy. Marek i Sandra żyli ze sobą przez kilka lat. Jeździli razem na wakacje, on zapraszał ją do swojego teatru na spektakle. Byli nierozłączni. Gdy zbliżały się urodziny Sandry, kupował jej kwiaty i pichcił ciasta. Mało kto wiedział, ale drugą pasją Marka było pieczenie ciast. Kupował książki kucharskie, czasem pomagał mamie w kuchni, lubił przeglądać jej zeszyt z przepisami. W pichceniu też chciał być profesjonalistą. Jednak robił to tylko w domu, dla siebie i dla rodziny. Mało kto mógł spróbować jego pysznych ciast. Kiedyś zrobił mamie na dzień matki piękny tort w kształcie serca, z bukietem tulipanów na wierzchu.
Jednak życie Marka nie oszczędzało. Zaczęło się komplikować, gdy Sandra zaszła w ciążę. Lekarze zdiagnozowali u niej białaczkę. Niestety, jest to bardzo śmiertelna choroba. Jeśli nie znajdzie się szybko dawcy szpiku, można umrzeć. Najgorsze jest jeszcze to, że i ciąża jest zagrożona. „Co robić??? Co robić???” Ona musi żyć. One muszą żyć. Sandra i nasza córeczka” – płakał Marek. Był ciągle w szpitalu, przy żonie. Zrezygnował z pracy w teatrze, żeby opiekować się Sandrą. Pomagał jej, dodawał sił i koił jej łzy. Niestety, niedługo po urodzeniu córeczki, Sandra zmarła… choroba była zbyt silnym przeciwnikiem. Marek nie wiedział co czuje. Ból? Rozpacz? Radość z urodzonej córeczki? Ból po utracie żony? Jego emocje wahały się z jednego krańca na drugi.
Marek postanowił sam zaopiekować się małą dziewczynką i postanowił nadać jej imię SANDRA, żeby zawsze mieć  w pamięci swoją żonę. Kochał ją ponad wszystko. Starał się córce zapewnić wszystko, czego potrzebowała. Nie mógł wrócić do pracy, musiał być dla Sandry i ojcem i matką. Chciał i musiał być przy córeczce. To jego obowiązek. Pomagali mu rodzice, ale z czasem i to nie wystarczało. Z biegiem lat Sandra poszła do przedszkola, potem do szkoły. Wtedy Marek podjął się pracy nauczyciela muzyki w jej szkole.
Dzieci go bardzo lubiły i on lubił dzieci. Mógł dzięki temu być przy Sandrze. Bał się jej spuścić z oka. W końcu była jego jedyną córeczką. Jedyną żywą „pamiątką” po jego żonie. Była po prostu jego córką, a on chciał być dla niej i ojcem i matką.
Z czasem chyba aż za bardzo wcielił się te role. Gdy Sandra stała się nastolatką, chciała chodzić do znajomych do domu, na imprezy i inne okazje. Wtedy Marek bardzo się o nią martwił. Był jakby trochę o nią zazdrosny. Dotąd spędzała czas tylko z nim, a teraz jacyś obcy ludzie kręcą się przy niej. Najgorzej było, gdy zobaczył ją w towarzystwie chłopaków. Wtedy mówił jej, żeby trzymała się od nich z daleka.
- Lepiej uważaj kochanie – radził tata Sandrze
- Tato, nic mi nie będzie – odpowiadała.
I tak nieposłuszna córeczka coraz częściej wychodziła z domu. A Marek zostawał sam. Samotność w domu to najgorsze uczucie, jakiego może doznać człowiek. Wtedy naszła go myśl, żeby porzucić pracę w szkole i wrócić do teatru. Stęsknił się za swoim chórem. W tej samotności Marek skomponował wiele utworów. Jego życie teraz się zmieniło, więc utwory też były inne. Nie wesołe, ale przepełnione smutkiem i rozpaczą. „Takie utwory zawsze chciałem pisać”, mówił dyrygent. „To, co wcześniej pisałem to zupełnie inna muzyka. Moja muzyka będzie teraz wyrażać emocje. Prawdziwe, z głębi serca. Muzyka to emocje, wzruszanie się, łzy. To zjednoczenie się z muzyką przez wszystkie nasze zmysły i serce, nie tylko słuchem powinniśmy odbierać muzykę”, myślał Marek.
Po powrocie do pracy był zdziwiony odnowionym składem chóru. „No tak, nie było mnie tu parę lat, to i chór się zmienił. Jedni odchodzą, drudzy przychodzą. Szkoda, że nikt nie chce w nim śpiewać na stałe”. I wtedy Marek pomyślał o Annie. Ona by pewnie chciała śpiewać w jego chórze. Zawsze chciała, tylko nie miała odwagi.” A gdy się odważyła, stanąłem jej na drodze do marzeń”, zapłakał dyrygent w teatralnej szatni.
- Co Ci jest, stary? – zapytał Grzegorz, kolega z teatru.
- Aara… to długa historia, Grzesiu – odparł Marek. – Czy popełniłeś kiedyś błąd, którego bardzo żałujesz?
- Hm… niech no pomyślę. Tak! Wsypałem kiedyś sól do filiżanki z kawą. Była obrzydliwa! To jedyna kawa, którą musiałem wylać – żalił się kolega.
Grzegorz chyba nie specjalnie się przejął życiowym błędem Marka. „Porównywać zniszczenie komuś marzeń do posolonej kawy??? Ratunku, na jakim świecie ja żyję???”, myślał Marek pełen wyrzutów sumienia. „Nikt mnie nie rozumie”
Marek znów przychodził codziennie na próby chóru. Widząc rządek młodych osób marzących o karierze wokalnej napawało go znów dumą i radością. Zapragnął również, żeby Sandra śpiewała w jego chórze. Choć sama nie przepadała za śpiewaniem. Jednak nie chciała sprawiać przykrości ojcu. Bardziej ciągnęło ją do sportu i w daleki świat. Chciała podróżować, być nareszcie wolną i swobodną. Jak ptaki.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jak wyrwać się ze szponów depresji

Dzień Dobry :) Jak to dobrze wrócić do blogowania. Ledwo napisałam swój pierwszy post (po długim czasie nieobecności tutaj), a już dziś...