03 maja 2017

ROZDZIAŁ 2/WSZYSTKO SIĘ MOŻE ZDARZYĆ



Niestety w rodzinnym domu Kasi muzyka była tematem tabu. Matka Kaśki była przewrażliwiona na punkcie wszystkiego, co kojarzy się z muzyką. Miała w związku z tym złe wspomnienia, a koszmary z młodości nie przestały jej prześladować. Wciąż widziała w swoich snach lub oczyma wyobraźni siebie próbującą śpiewać. Uwielbiała stare przedwojenne piosenki, a także młodsze…z lat 50., 60 i 70. Chciała być piękna jak Anna Jantar i tak samo jak ona pięknie śpiewać. Była dumna  z tego, że nosi to samo imię, co jej ulubienica. Każdą jej piosenkę znała na pamięć. Anna próbowała, jako mała dziewczynka, swoich sił w teatrze. Lubiła odgrywać przed swoimi rodzicami scenki z ulubionych książek i filmów. Jednak najbardziej lubiła śpiewać. Gdy studiowała w Warszawie medycynę, po zajęciach dorabiała, pracując w kawiarence Teatru Syrena. Mogła tam spotykać sławnych aktorów, aktorki i inne ważne osobistości. Czasem ktoś prosił Annę o przyniesienie kawy lub herbaty do studia, w którym odbywały się próby. Najbardziej lubiła przysłuchiwać się próbom chóru teatralnego. Wtedy, przez chwilę mogła się poczuć jedną z chórzystek, chociaż śpiewała sobie tylko w myślach podczas, gdy inni śpiewali głośno. Z nutką zazdrości patrzyła na koleżanki, które dają solowe popisy swoich umiejętności przed dyrygentem.
Pewnego razu podczas przedstawienia, w którym śpiewał teatralny chór, jedna ze śpiewaczek straciła głos. W nocy dopadła ją grypa, ból gardła i chrypka odebrały jej głos.

- Joaśka, nie będziesz mogła dziś zaśpiewać…a zaraz musimy wystąpić – żalił się Marek, dyrygent.
- Przepraszam…to nie moja wina…straciłam głos…choroba nie wybiera przecież – usprawiedliwiała się chórzystka
- Przecież wiesz, że każdy śpiewak musi dbać o gardło wyjątkowo. Wasz głos jest narzędziem pracy. A Ty jesteś jeszcze jedną z naszych najlepszych wokalistek. I co teraz zrobimy? Przedstawienie okaże się klapą – mówił załamany Marek. Był profesjonalistą w swoim fachu. Przy nim nie mogło być mowy nawet o najmniejszym fałszu, a co dopiero utracie głosu.
- Ktoś będzie musiał Cię zastąpić – mówiła Justyna, koleżanka  do chorej chórzystki.
- Przecież Aśka jest niezastąpiona – oznajmił Marek
- Ja…ja mogę zaśpiewać – odezwał się cichy głos z końca sali.
- Ty??? Ale Ty nie znasz tekstu? Nigdy nawet nie śpiewałaś. Siedziałaś tylko tutaj ale nie słyszałem Twojego głosu ani razu – mówił dyrygent do Anny
- Ale znam wszystkie teksty na pamięć waszych piosenek. Śpiewam je sobie w domu i tutaj też, tylko w myślach. Nie chciałam przeszkadzać – ciągnęła dalej Anna
- Nie dasz rady…- wątpił Marek
- Dam radę! Obiecuję. Obiecuję dać z siebie wszystko! – błagała Anna o swoją jedyną szansę
- OK., niech Ci będzie. Zgoda! Ten utwór będzie Twój, Anno!!!

Jednak na tym radość Anny się skończyła. Pech chciał, że trema wzięła górę. Anna pomyliła się już w pierwszej zwrotce…to spowodowało lawinę kolejnych pomyłek. Zaczęła gubić się w słowach, traciła rytm..fałszowała.

- Stop!!! Anka, przestań śpiewać! – oburzył się Marek
- Ale…
- Żadnych „ale”
- Ale ja nie chciałam…wydawało mi się, że znam tą piosenkę. Bo znam, ale tutaj…tyle ludzi…trema mnie zjadła – żaliła się Anna – nigdy nie występowałam przy tylu ludziach. Pomyliłam się.
- Wyjdź stąd i nie pokazuj mi się na oczy!!! Przyniosłaś wstyd mojemu chórowi…tyle lat ciężkiej pracy – ciągnął Marek – To wszystko przez Ciebie Aśka – zwrócił się teraz do chorej koleżanki. Trzeba było nie chorować!!!

Od tego momentu Anna przestała śpiewać. Nic już jej nie cieszyło, straciła swoją szansę, pomyślała. „Inni zawsze będą lepsi ode mnie. Mają nie tylko talent, ale i odwagę. A ja przejmuje się każdym spojrzeniem drugiego człowieka. Nic, tylko zapomnieć o marzeniach”. Straciła chęć do śpiewania. Przestała słuchać muzyki, a każdy dźwięk stawał się dla niej koszmarem, wywoływał w niej bolesne wspomnienia. Obiecała sobie, że już nigdy w jej domu, obecnym i przyszłym, nie zabrzmi żadna muzyka.


 Kiedy Anna skończyła studia, zaczęła pracę w szpitalu. Była bardzo dobrym lekarzem, z powołania. Jakim się rzadko spotyka. Chciała pomagać innym, chciała oddać swoje serce innym ludziom. Swoje zranione serce. Czuła, że jej praca jest jej misją, że odgrywa jakąś znaczącą rolę w społeczeństwie. Pomaga innym, to najlepsza praca na świecie. Daje nie tylko pieniądze, ale też radość, że swoją pracą dawała szczęście i zdrowie, a przede wszystkim życie ludziom. Anna zawsze chciała być kimś ważnym dla innych, chciała czuć się potrzebna. Nie udało jej się na scenie, za to praca lekarza rekompensowała jej ból po utracie własnych marzeń. Chciała uśmierzać innym ból, a tym samym także swój.
Anna po pracy wracała do swojego domu, który wynajmowała na warszawskim Bemowie. Do pracy nie miała daleko, szpital bielański, w którym pracowała, znajduje się zaledwie kilka przystanków stąd. Mieszkała sama przez cały czas, i na studiach i po studiach. Lubiła się dużo uczyć, więc samotność jej nie przeszkadzała. Chciała być najlepszym lekarzem. Te studia nie były kwestią przypadku, ale świadomego dążenia do celu. Zwłaszcza, że od małego chorowała. Wówczas to zaczęła też zagłębiać wiedzę medyczną, budowę ludzkiego ciała. Czytała książki medyczne w pobliskiej bibliotece. A kiedy odwiedzał ją lekarz, gdy chorowała…zawsze żartował: „ niedługo to Ty zastąpisz mnie w pracy, będziesz uzdrawiać chorych pacjentów”.

Anna po kilku latach pracy stała się jednak coraz bardziej nerwowa. Ciągła praca, długogodzinne dyżury, nieuprzejmi pacjenci…to wszystko przyprawiało ją o ból głowy i stres. W dodatku nie miała żadnego oderwania od pracy, w domu samotność. Po prostu wyczerpanie zawodowe.
 Pewnego razu znaleziono ją nieprzytomną na szpitalnym korytarzu. Zasłabła bo nic nie jadła przez cały dzień. Musiała czuwać przy pięcioletniej dziewczynce. Została przywieziona ze złamanymi żebrami po wypadku samochodowym. Okazało się, że jej rodzice zginęli w wypadku. Ona jedna tylko przeżyła. Annie łzy stanęły w oczach. Żal jej się zrobiło tej malutkiej istotki. Czuwała przy niej dzień i noc. Nic nie jadła. Nie była w stanie patrzeć na małą i jak gdyby nigdy nic, jeść. Nie była w stanie nic przełknąć. W efekcie tego zemdlała.

Gdy się obudziła i doszła do siebie, dyrektor szpitala zaprosił ją do siebie do gabinetu
- Anno, widzę jak się starasz w pracy, ale to co robisz, jest już ponad Twoje siły – mówił dyrektor
- Nie mogłam jej zostawić samej, jest taka bezbronna. A do tego jeszcze sama. Ma teraz mnie. Będę się nią opiekować – mówiła Anna
- Ale nie możesz zaniedbywać siebie. Powinnaś  wziąć urlop i odpocząć. W tym czasie my zajmiemy się dziewczynką – odpowiedział.

Anna, zgodnie z prośbą dyrektora, wzięła 2 tygodnie wolnego. W tym czasie wyjechała do swojej rodzinnej wioski Słoneczne Wzgórze na Podlasiu. Jej rodzice się bardzo stęsknili za nią. Nie było jej przez tyle lat…”a teraz wyraźnie się postarzeli”, pomyślała Anna. W czasie pobytu na wsi dużo myślała o małej, którą zostawiła w szpitalu. Nawet nie wiedziała, jak się nazywa. Na miejscu wypadku nie znaleziono jej żadnych dokumentów potwierdzających jej tożsamość. Postanowiła się nią zaopiekować.

Anna po urlopie wróciła do szpitala, ale na krótko. Ponownie rozmawiała z dyrektorem i opowiedziała mu o swoich postanowieniach i swojej decyzji. Gdy dziewczynka doszła do siebie, była już cała i zdrowa, Anna postanowiła ją zabrać do siebie na wieś. Chciała zrezygnować z pracy. Wróci do siebie i tam da małej nowy dom. „Na wsi też jest co robić. To nam obu dobrze zrobi. Dziewczynka musi dorastać w spokojnej okolicy. Szczególnie po takich tragicznych wydarzeniach w jej życiu”, myślała Anna. 

Anna postanowiła nadać jej imię Kasia. Miała na oko 4-5 lat i była łudząco podobna do dziewczynki, która grała rolę filmowej Nel Rawilson w pierwszej wersji filmu „W pustyni i w puszczy”. Anna zrezygnowała z pracy i przeniosła się do rodzinnej wsi. I tam postanowiła się zająć wychowywaniem Kasi. Nie była jej rodzoną matką, ale chciała zrobić wszystko, by mała poczuła miłość do niej. Czuła coś w rodzaju instynktu macierzyńskiego. Chciała jej zastąpić matkę…a raczej być dla niej matką. Bycie mamą to piękna rola w życiu, kto wie, czy nie najważniejsza. W końcu daje życie drugiemu człowiekowi. Nie zawsze musi być to osobiście urodzone dziecko. Dawanie życia to też wychowanie, uczenie dziecka, jakim powinno być człowiekiem. To jest piękne i Anna chciała być kimś takim dla swojego dziecka. Była nareszcie szczęśliwa. 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Christiane F - Życie mimo wszystko

Cześć!  W dzisiejszym poście przychodzę do Was z recenzją książki, którą przeczytałam ostatnio. Była nią "Życie mimo wszystko"...