26 maja 2017

RODZIAŁ 11

CZĘŚĆ II – KILKA MIESIĘCY PÓŹNIEJ




Rozdział 11

Tomasz i Sandra skończyli właśnie próbę do nowego przedstawienia w Teatrze Syrena. Spektakl pt „ Love and Italy” opowiadał o wielkiej miłości dwojga ludzi. On – Marcus – był zawodowym piłkarzem. Ona – Julia – była projektantką mody. Cała akcja toczy się w Wenecji – mieście zakochanych. Tam się poznali podczas wakacji. I tam postanowili zamieszkać, choć oboje pochodzili z dwóch różnych części słonecznej Italii. Marcus z małej wioski na Sycylii, a Julia z bogatej rodziny mieszkającej w Rzymie. Oboje uznawali, że Wenecja to najpiękniejsze miasto na Ziemi, miejsce, gdzie spełniają się marzenia o wielkiej miłości.
Był to spektakl, do którego Tomasz napisał scenariusz. Od kiedy Marek, dyrygent teatralny, pozwolił mu przychodzić na próby, młody chłopak mógł czerpać wiedzę i inspirację do swoich scenariuszy. Był zachwycony wysokim poziomem gdy aktorskiej ludzi, którzy tu pracują. Pomyślał, że mógłby napisać próbny scenariusz do wystawienia na deskach tego teatru. Pisał go dniami i nocami, na wykładach i w kawiarni. Do późnych godzin nocnych opracowywał swoje teksty. Rozpisał nawet dialogi postaci trzecioplanowych.
Gdy skończył pisać, przyszedł z gotowym scenariuszem do domu Marka i Sandry.
- Panie Marku, może zechciałby pan rzucić okiem na moje dzieło? – zaproponował Tomasz
- A cóż to ram napisałeś? – zapytał dyrygent
- Proszę przeczytać i ocenić. Za dwa dni przyjdę na próbę, to mi pan odda.

DWA DNI PÓŹNIEJ

Tomek wyszedł prędko z domu i popędził na siłownię. Wcześniej wstąpił do kwiaciarni, kupił bukiet świeżych tulipanów dla ukochanej Sandry. Gdy spotkali się na siłowni, dziewczyna była zaskoczona pachnącym prezentem.
- Dziękuję, Tomeczku! – powiedziała Sandra, która natychmiast odwdzięczyła się mu słodkim buziakiem.
Tomasz i Sandra byli razem od kilku miesięcy. Oboje bardzo do siebie pasowali. Mięli wspólne pasje. I choć Sandra nie przepadała za śpiewaniem, ale za to lubiła grę aktorską. Zawsze chciała być jedną z aktorek w teatrze. Razem czuli się ze sobą bardzo dobrze, spotykali się prawie codziennie. Jak nie w teatrze, to w klubie sportowym, albo w kawiarni, w której pracowała Sandra.
Sandra była bardzo zadowolona ze swojej pracy. „Kawiarnia to jest to, co lubię. Kontakt z ludźmi, przyjazna atmosfera i karta zniżkowa dla pracowników”, cieszyła się dziewczyna. Nie zarabiała dużo, ale jakieś swoje pierwsze pieniądze miała. Odkładała je skrupulatnie na swoją pierwszą podróż zagraniczną. Swoją i Tomka. Wyjechali razem na kilka dni do Włoch. Tam byli bardzo szczęśliwi. Ich radość połączona z włoskimi promieniami słońca i ciepłymi wodami Morza Śródziemnego dała oszałamiający efekt. W tym czasie Tomek napisał kolejny scenariusz. Tym razem nie pokazał go Markowi. Zrobiła to za niego Sandra, a właściwie w tajemnicy przed nim, po powrocie z Włoch. Tata Sandry przeczytał go kilkukrotnie i wykrzyknął:
- To musi być nasz następny spektakl! To jest genialny scenariusz!
- Mówiłam, że Tomek to zdolny chłopak. – mówiła dziewczyna
- Córeczko, porozmawiam z dyrektorem i wtedy powiemy Tomkowi o naszej niespodziance – mówił Marek.

Tymczasem Tomek w domu rozpaczliwie szukał swojego scenariusza. Przeszukał wszystkie zakamarki swojego pokoju, a nawet u rodziców. „Gdzie mógł się podziać?”, zastanawiał się. „Zostawiłem go wczoraj na biurku, gdy przyszła Sandra. Tak, Sandra mogła go wziąć”
I wtedy wyciągnął komórkę:
- Cześć Słoneczko, czy nie widziałaś przypadkiem mojego scenariusza z Włoch? – zapytał
- Cześć Tomuś! Jak chcesz poznać odpowiedź to musisz do nas przyjść. – powiedziała Sandra.
Chłopak czym prędzej włożył na nogi ulubione trampki i pomknął na Puławską, gdzie mieszkała jego ukochana z ojcem. Niestety nikt nie otwierał mu drzwi, gdy zadzwonił na domofon. Gdy wychodziła z bloku jakaś kobiecina, wszedł do środka i pojechał windą na 4 piętro. Gdy podszedł pod dom nr 77, przywitała go głucha cisza. Wtedy jeszcze raz zadzwonił do Sandry.
- Halo? Gdzie jesteś? – powiedział do telefonu
- A gdzie Ty jesteś? – zapytała Sandi
- No pod Twoim domem. Chcę mój scenariusz. – niecierpliwił się Tomasz
- Hahahahaha – zaśmiała się dziewczyna
- Co w tym śmiesznego?
- Ach Ty głuptasie! Chyba nie zapomniałeś o dzisiejszej próbie? – zapytała
- No…nie… ale powiedziałaś „przyjdź do nas”, myślałem, że chodzi Ci o Twój dom.
- Jak rozmawiałeś wcześniej ze mną, to byłam w domu. Owszem. Ale teraz mamy próbę.
- Skąd miałem wiedzieć, że dziś też jest próba. Nikt mnie nie poinformował? – żalił się Tomcio
- Oczywiście! Do nowego spektaklu.
- Jakiego znowu spektaklu? – zdziwił się Tomek
-To jak, będziesz tak marudzić, czy chcesz swój scenariusz? – Sandra uwielbiała się z nim droczyć.
- No… chcę.
- Ach Tomuś, Tomuś! Ktoś mi tu wygląda na zakochanego! – ciągnęła dalej dziewczyna
- A wiesz, że to możliwe. – uśmiechnął się Tomek
- To wsiadaj w tramwaj i przyjeżdżaj do Syrenki.

Gdy Tomek przyjechał do teatru, nie spodziewał się niespodzianki. Nie aż takiej. Nie miał przecież tego dnia urodzin.
- Zagramy dziś Twoją sztukę, Tomaszu! – przywitał go Marek
- Ten scenariusz jest genialny – dodał Filip, scenarzysta
- Musisz w nim zagrać główną rolę – dodali razem Marek i Sandra.

Tomasz nie wiedział, co powiedzieć. Nawet nie przypuszczał, że sprawy tak się potoczą. Jego prawdziwe marzenia są coraz bliżej ich realizacji. „To wszystko dzięki Sandrze, będę musiał się jej jakoś odwdzięczyć”, myślał.
- Możesz mi się odwdzięczyć w postaci wypadu do kina, co Ty na to? – mówiła Sandra
- Matko jedyna! Czy Ty umiesz czytać w cudzych myślach? – zdziwił się Tomasz
- W Twoich na pewno! – odrzekła Sandi.

I poszli razem do kina. 

25 maja 2017

Rozdział 10

ROZDZIAŁ 10




Kasia leżała na łóżku w swoim pokoju i płakała. Płakała nad swoim losem. „Czemu moje życie nie jest takie, jak Natki? Ona ma wszystko, szczęśliwą rodzinę, pieniądze, a teraz wyjechała do Warszawy. I nawet ma chłopaka”, myślała. Szkoda tylko, że zapomniała, że ma przyjaciółkę. Przestała dzwonić. Mogła oglądać tylko jej zdjęcia na Facebooku. Wszędzie razem „Natka i Adaś”, tak zawsze się podpisują na zdjęciach. „A ze mną nie wrzuciła żadnych, a przecież tyle lat spędziłyśmy razem…”, płakała Kasia.
- Dlaczego ja nie mogę pojechać do Warszawy? – pytała sama z siebie
Wcześniej myślała nad swoim planem małej ucieczki do stolicy. Nie będzie jej tylko kilka dni, chciałaby zapoznać się z warszawskim wielkomiejskim życiem i wróci. Tylko na chwilę. Wcześniej myślała, żeby odwiedzić Natalię, ale chwilowo ich relacja nie była w najlepszej kondycji. Wymyśliła, że powie mamie, że odwiedzi przyjaciółkę, chociaż to będzie kłamstwo. Dzięki temu łatwiej jej będzie wyrwać się z domu. „Tylko kto pomoże mamie w gospodarstwie”, zastanawiała się Kasia.
Sylwia i Magda Kwiatkowskie były bliźniaczkami. Trudno było je odróżnić, gdyby nie inne ubrania, to nikt by ich nie rozpoznał.
- Nie rozumiem, czemu bliźnięta ubierają się zawsze tak samo – mówiła Sylwia do siostry
- Cześć dziewczyny! – przywitała się z nimi Kasia.
- Hello! – odpowiedziały siostry
Sylwia i Magda były koleżankami Kasi. Śpiewały razem z nią w chórze kościelnym.
- Do mszy zostało jeszcze 20 minut. Chodźmy na zewnątrz, muszę Wam coś powiedzieć – powiedziała Kasia do dziewczyn.
- Co takiego? – i popędziły za Kasią na kościelne podwórko
Kasia opowiedziała im o swoim planie. Poprosiła o pomoc siostry przy domowych obowiązkach, podczas gdy jej nie będzie na wsi.
- Bez problemu, Kaśka! – mówiła Magda
- Damy radę – zawtórowała jej bliźniaczka
- Jest nas dwie. Kto, jak nie my, może Ci pomóc. Możesz na nas liczyć.
- Dziękuję. Dobrze wiedziałam, kogo prosić. – uśmiechnęła się Kasia.
Tylko jak powiedzieć o tym mamie?

Gdy po mszy poszły razem do domu Kasi, jej matki nie zastały w domu. Siedziała sobie na werandzie i popijając herbatkę, miło gawędziła z sąsiadką Wandą.
- No, ale chyba należy się jej trochę wolnego czasu… - mówiła Wanda do Anny
- Nie ma mowy, Kaśka musi pracować. Tu jest jej miejsce – odpowiedziała.
- Jest już dorosła. Pozwól jej na to. Na odrobinę wolności – radziła sąsiadka.
- Właśnie! Dlatego praca – to jest dorosłość. Nie obijanie się!!! – warknęła Anna
- Może Ty choć odrobinę popracuj, dla odmiany. Tylko leżysz i leżysz. Narzekasz na swoją córkę, a przecież robi, co może. Spójrz na swoje dziecko uważniej. Ona chce być szczęśliwa, tak, jak inne koleżanki – mówiła Wanda.
- Ja też chciałam być szczęśliwa. Myślałam, że Warszawa da mi szczęście i spełnienie… ale – i w tym momencie Anna zaczęła płakać. Zdarzyło się to chyba pierwszy raz od bardzo dawna. 
 - Mamo! – wykrzyczała Kasia
- Pani Aniu – dodały siostry bliźniaczki
I wszystkie trzy zaczęły tulić Annę z całych sił. Gdy się uspokoiła i wyżaliła wszystkim tu obecnym… wtedy jakby wielki głaz spadł z jej serca. Dawno nie płakała. A teraz poczuła ulgę. Jej wszystkie złe i przykre wspomnienia z dawnego życia jakby w jednej chwili odeszły...przestały sprawiać ból. Anna w milczeniu przeżywała wszystko, potrzebowała chyba wypłakać się wreszcie ze wszystkiego, co złe było w jej życiu. 

Anna wyraziła zgodę na wyjazd córki do Warszawy. Na kilka dni. Sylwia i Magda oraz Wanda obiecały jej pomagać. A tym samym Kasia miała tydzień wolnego czasu. Tydzień tylko dla siebie. „Cały tydzień tylko dla siebie, kocham Cię Warszawo, już do Ciebie jadę”, myślała uradowana Kasia.

Kaśka w życiu nie była bardziej szczęśliwa. Zaczęła się pakować i szukać odpowiedniego miejsca na nocleg. Zapisała sobie wszystkie miejsca, jakie chciałaby odwiedzić w stolicy. Jej marzenie nareszcie się spełni. Choć tylko na krótko, ale zawsze coś.

I tak Kasia na drugi dzień pojechała rowerem do Nowego Miasta. Tam zostawiła swój pojazd i przesiadła się do busa, który zawiózł ją prosto do Warszawy. „Stolica będzie moja! Przez kilka dni oczywiście…”, myślała, wreszcie szczęśliwa, Kasia. 

14 maja 2017

Rodział 8 i 9




ROZDZIAŁ 8

Natalia zamieszkała w Warszawie. Wynajęła kawalerkę na Woli, gdzie też pracowała w jednym z butików w Wola Parku. Ta praca była idealna dla niej. „Na wakacje w sam raz”, myślała Natka. Do rozpoczęcia studiów zostały jeszcze 3 miesiące. Teraz czas wykorzystać maksymalnie najdłuższe wakacje życia. Natalia bardzo lubiła swoją pracę, chętnie doradzała ludziom, co powinni kupić.
- Czerwona sukienka będzie idealna dla pani na wesele! – mówiła do klientki
Ludzie bardzo lubili jej rady. Jednak koleżanki z pracy były nieco zazdrosne. Też by chciały być chwalone przez kierowniczkę. Być odważne, jak Natka i mieć dobry kontakt z klientami. Natalia po pracy nie siedziała sama w domu. Lubiła chodzić do klubów. Była sama, nie miała przy sobie żadnej koleżanki. Jednak nie przeszkadzała jej samotność. Wręcz przeciwnie. Panowie kręcili się wokół niej, chcieli z nią tańczyć i śpiewać. Nawet sama Natalia nie spodziewała się, że umie śpiewać. „Szkoda, że Kaśka mnie nie słyszy”.
Natalia poznała w klubie Adama. Miał jasne włosy, 180 cm wzrostu i miał wesoły uśmiech. Po imprezie Adam zaproponował Natalii odwiezienie do jej domu.
- Zgoda… nie dam rady dojść o własnych nogach. – mówiła do chłopaka
- No to jedziemy razem! – ucieszył się
W samochodzie Natka opowiedziała o sobie Adamowi. Ten był raczej spokojnym chłopakiem, Bywał czasem w klubach, głównie po to, aby poznać dziewczynę. Jednak był nieśmiały. To jakiś cud, że zagadał do Natalii. Wpadła mu w oko… był nią zachwycony.
- Co studiujesz, jeśli można spytać? – zapytała dziewczyna
- Prawo na UW – odpowiedział jej
- Ooo to muszą być ciężkie studia
- Tak… cała masa nauki, nie bardzo to lubię, ale pochodzę z rodziny prawników. Ciężko się wyłamać – mówił Adam.
- A co byś chciał najbardziej studiować?
- AWF! To jest to, co chcę robić. Sport uwielbiam od małego. Najpierw kopałem piłkę z kolegami, potem doszedł basen i karate. – wyliczał Adam
- A nie możesz rzucić prawka i pójść tam, gdzie chcesz? Po co się męczysz?
- Oj kochana, gdyby wszystko było takie proste, jak myślisz.
- Życie nie jest proste. Może właśnie dlatego warto o nie zawalczyć. Każdy z nas ma prawo być, kim zechce. Nikt nas nie może ograniczać. Jeden chce śpiewać, drugi być aktorem, lekarzem, sportowcem. Ja kocham modę, dlatego tu jestem. Przeprowadziłam się ze wsi tutaj by spełnić się w roli modelki. To nie rodzice powinni wybierać za nas przyszłość, tylko my sami.
Adam, zamyślony, wpatrywał się w dziewczynę.
- A wiesz, że niegłupio mówisz.
- Wiem! – odpowiedziała pewna siebie Natalia.
Natalia zaprzyjaźniła się z Adamem. Wymienili się numerami i często ze sobą rozmawiali. Razem wychodzili na zakupy albo do kina. Nie byli parą, ale parą dobrych przyjaciół. Chyba dobrze się rozumieli. Przy Adamie czuła się bezpieczniej w tym wielkim mieście. Poczuła, że wszystko idzie zgodnie z jej planami.



ROZDZIAŁ 9 

Tymczasem Sandra weszła do kolejnego butiku w Galerii Krakowskiej. Dziewczyna wyjechała na kilka dni po kryjomu przed ojcem do Krakowa.
- A co? To już wyjechać nigdzie nie mogę? – powiedziała do siebie Sandra
Ucieszyła się, że dostała pracę w kawiarni. Miała zacząć od przyszłego tygodnia, więc cały weekend miała dla siebie. Postanowiła uczcić to w postaci podróży do Krakowa. Wzięła swoje oszczędności i pojechała pociągiem. Sama! Wreszcie bez ojca! Chciała sobie kupić nowe ubrania, postanowiła też wybrać się na spacer po starówce i nad Wisłą. Nie chciała nocować w żadnym hotelu. „To za drogie dla mnie. Lepiej spędzę noc w klubie”, myślała. Sandra wreszcie cieszyła się pełnią życia. Wolnością. „Chcę być wreszcie sobą”.
Nie odbierała telefonów, chciała spędzić ten czas tylko sama ze sobą. Zero zmartwień, zero telefonów, zero taty. „Tylko ja i Kraków!”.
Jednak czas wycieczko dobiegł końca i musiała wrócić do Warszawy. Gdy weszła do swojego mieszkania nie zastała w nim ojca. „Gdzie też mógł się podziać o tej porze?”. Przecież jest poniedziałek rano, teatr zamknięty. Sandi wyciągnęła z torebki swój telefon i zadzwoniła.
- Córeczko… jak dobrze Cię słyszeć!!! – krzyczał uradowany Marek do słuchawki.
- Tatku… - wyjąkała
- Gdzie się podziewałaś przez tyle czasu?
- W Krakowie byłam – odpowiedziała.

Ojciec czym prędzej wrócił do domu, by uściskać swoją ukochaną Sandrunię.
- Martwiłem się o Ciebie, nie dawałaś znaku życia – powiedział Marek po wejściu do domu.
- Wiem, ale gdybym zapytała, czy pozwoliłbyś mi jechać samej do Krakowa, zgodziłbyś się? – zapytała ojca
- Nie!
- No własnie! Zrobiłam więc dokładnie to, co mi radziłeś zawsze. „Gdy drzwi są zamknięte, szukaj wyjścia oknem”.
- … - zamilczał Marek
- Nie mogłam czekać. Patrz, ile ciuchów kupiłam. Śliczna ta sukienka w kwiatki, prawda? – Sandra była cały czas w dobrym humorze.
Marek martwił się o córkę, a raczej bał się, że dorasta. Nie chciał jej stracić, nie chciał, żeby dorosła i go opuściła. Sandi zawsze będzie jego małą dziewczynką.
Tymczasem Tomek zadzwonił jeszcze raz na numer ojca Sandry.
- Halo… tu Tomek, czy Sandra już się odnalazła? – zapytał
- Wpadnij do nas, jak chcesz poznać odpowiedź? – zaproponował uradowany Marek.
Tomek wytrzeszczył oczy do swojego smartfona. „Jak to?? Wpadnij do nas?? Przecież ten gościu mnie nie znosi?”, myślał. „To pewnie pułapka. On czegoś ode mnie chce”. Ale skorzystał z propozycji dyrygenta.
Gdy znalazł się już pod ich domem, Marek przywitał go szerokim uśmiechem.
- Sie masz, Tomasz! – i poklepał go po ramieniu
- Witam pana. – odpowiedział.
- Możesz mi mówić po imieniu – zaproponował chłopcu
- Ale jak to?
- A tak to… słuchaj, Tomku….
Marek odbył z Tomkiem długą rozmowę. Opowiadał mu o Sandrze, o chorobie jej matki i żony dyrygenta, o tym, że boi się o przyszłość swojej córki. Widać było jak bardzo przeżywa dojrzewanie Sandry. Mówił też o teatrze, o swojej pracy, przy czym oczy miał pełne łez… chyba potrzebował porozmawiać z kimś o swoim życiu, zwierzyć się. Opowiedzieć komuś swoją smutną historię. Potrzebował bratniej duszy i poczuł, że Tomek go wreszcie zrozumie. Poczuł do niego zaufanie podczas wspólnych poszukiwań Sandry.
- Dobry z Ciebie chłopak, Tomku
Tomek objął ramieniem Marka i aż nie wiedział, co powiedzieć. Nie przypuszczał, że z Marka taki wrażliwiec. Zwykle dawał się poznać twardy, pewny siebie mężczyzna. Był profesjonalistą w swoim fachu. A tymczasem w głębi duszy to taka sama wrażliwa istota, jak my wszyscy. Bo przecież każdy z nas jest w jakimś stopniu wrażliwy, czuły. Wszyscy mamy takie same emocje, serce i duszę. Tylko wielu ludzi kryje tą stronę swojego serca, zakładając maskę. Udając twardziela. Tak łatwiej iść przez życie. Jeśli ktoś tak potrafi. Tak naprawdę ci ludzie, którzy są aroganccy, niemili, nieuprzejmi, nie znoszący sprzeciwu są bardziej wrażliwi niż typowi wrażliwcy. Tylko ukrywają to przed światem. Płaczą zamknięci w swoim pokoju. Tacy ludzie zostali skrzywdzeni w jakiś sposób przez życie. W taki sposób bronią się przed światem. Tak im serce nakazuje, ale czasem przychodzi moment krytyczny. Tak, jak ucieczka Sandry z domu, która wywołała w Marku pierwsze łzy od czasu śmierci żony. Obiecał sobie wtedy, że nigdy nie będzie płakać. Nie zrobi tego. To źle wpłynie na dziecko. Musi być twardy i niezłomny. Te łzy wywołane były przez poczucie winy, że był złym ojcem… może za bardzo wczuł się w tę rolę, ale przecież nie miała mamy. Marek miał podwójną rolę do wykonania.
- Przepraszam Cię, Tomku. Nie wiedziałem, że moja córka Ci się tak bardzo podoba. Sądziłem, że…
- Że chcę ją wykorzystać? – zapytał Tomek
- Yyyy… no… nie..
- Ale przecież nie jestem złym chłopakiem. Już nie. Zmieniłem się. Sandra pokazała mi, że istnieje też inny świat. To znaczy Sandra i pan. Dzięki Wam pokochałem teatr. Aktorstwo to mój plan na przyszłość. Chciałbym kiedyś zagrać w prawdziwym teatrze. Tam są prawdziwe emocje. Nie chciałem skrzywdzić Sandry. Chciałem być bliżej prawdziwej sztuki teatralnej.
- Możesz przychodzić do nas na próby. Nie tylko do sali śpiewu, ale też do sali aktorskiej. Tam to dopiero będziesz w swoim żywiole.
Tak, jak powiedział, tak zrobił. Marek razem z Tomkiem poszli więc dziarskim krokiem, ramię w ramię, do Teatru Syrena. To było ich ulubione miejsce. Gdy wchodzili po schodach, ich oczom ukazała się piękna dziewczyna w różowej sukience i białych szpilkach. Jej długie blond włosy oplatały jej szyję i ramiona niczym boa. Oboje byli szczęśliwi, że ją widzą
- Kocham Cię, Sandra – wykrzyczeli razem chórem Tomasz i Marek.



13 maja 2017

Rozdział 7




Tomasz na dobre zakochał się w Sandrze. Uwielbiał jej włosy, promienny uśmiech i urodę. Jednak najbardziej kochał jej głos, uwielbiał jak śpiewa. Niestety, nie mogli się spotykać. Jej ojciec, Marek, nie znosił go. A myśl o tym, że jego córka mogłaby z nim być, była ponad jego nerwy. Tomasz miał tylko jedyną możliwość widywania się z Sandrą – słuchał jej w teatrze. Przychodził na przedstawienia regularnie, początkowo co tydzień, a teraz prawie codziennie. Wykupił nawet kartę stałego widza Teatru Syrena.
- Jestem taka dumna z dzisiejszej młodzieży – mówiła kasjerka do Tomka. – A jednak są tacy rodzynki, jak pan i przychodzą często do teatru.
- Teatr to moje życie – zażartował chłopak.
Od pewnego czasu Tomasz się bardzo zmienił. Nie chodził już tak często na imprezy. Ubierał się już inaczej, poważniej, skromniej. Przede wszystkim dużo myślał o Sandrze. Myślał, że jeśli się zmieni, to jej ojciec pozwoli mu być z Sandrą. Dużo czasu poświęcał na czytanie książek, co bardzo dziwiło jego rodziców. Na studia zaczął chodzić na wszystkie zajęcia. Chciał zostać prawnikiem! To idealny zawód, by wzbudzić zaufanie w ojcu Sandry.
Mało tego, Tomasz postanowił założyć swój kanał na You Tube. „Internet to wielka siła”, pomyślał. „Wtedy ona na pewno mnie zauważy”. Postanowił, że będzie nagrywać filmiki, w których będzie recenzował oglądane przez siebie filmy i spektakle. Chciał zachęcić młodych ludzi do obcowania z kulturą i sztuką. Tomasz kupił kamerę i zaczął kręcić swój pierwszy filmik. Opowiedział w nim swoją pierwszą wizytę w teatrze. Tydzień po ukazaniu się filmiku w sieci, mówili o nim wszyscy koledzy na uczelni:
- Stary! Czyś Ty zwariował? – przywitał go Stasiek
- Ty i Teatr? – odezwał się Maciek
- Dobrze się czujesz? – dodał Wiktor
- Jakie jaja??? Widzieliście wszyscy? „Wszyscy chodźmy do teatru. To cudowne móc oglądać na własne oczy sztukę teatralną”. Buhahahahaha – zaśmiał się najlepszy kumpel Tomka, Marcin.
- Rany… co z Wami? Mówicie tak, bo nie byliście nigdy w teatrze. W teatrze jest magia, tam wszystko jest takie prawdziwe, jak w życiu. – bronił się Tomasz.
Chłopak nie spodziewał się takiej reakcji. Może dlatego, że kumple znali go od innej strony. Sądzili, że zwariował i niedługo mu przejdzie. Nie zrażony niczym Tomasz myślał tylko o jednym: „Czy Sandra obejrzała jego filmik?”. Niech sobie gadają, co chcą. I tak nie mają pojęcia o niczym. Tomek myślał tylko o tym, by jego ukochana dostrzegła jego miłość do sztuki i zechciała przekonać do tego ojca, by mogła się z nim spotykać.
Tymczasem w teatrze chór przygotowywał się do kolejnego koncertu. Miał dziś próbę generalną przed nowym spektaklem. Chór zawsze towarzyszył aktorom na scenie, podczas każdego przestawenia.
- Śpiewacy i aktorzy to jak jedna rodzina, powinni trzymać się razem. – powiedział Andrzej, scenażysta, do Marka Kowalika.
- To prawda, Jędrusiu. – odpowiedział – i jedni i drudzy są artystami. Nie każdy aktor potrafi śpiewać i nie każdy śpiewak potrafi zagrać. Dlatego my mamy i jednych i drugich. Aktorzy wcielają się w swoje postaci, a chór im akompaniuje. Proste? – zapytał dyrygent
-  Jak drut, Mareczku kochany

- Tato, ale ja nie wystąpię – odezwał się kobiecy głos zza pleców dyrygenta.
- A dlaczego to, można wiedzieć, kochanie? – zapytał Sandry, Marek
- Mam dziś spotkanie w sprawie pracy. Rozmowa jest o 18.
- Ależ córeczko… tutaj masz pracę… mój chór… czy to Ci nie wystarcza, dziecinko? – mówił tata.
- Nie jestem dziecinką i Twój chór też nie. Przecież śpiewam tu za darmo, nic mi nie płacisz, jak innym. Potrzebuję kasy. – odpowiedziała niegrzeczna córeczka.
- Mieszkasz ze mną, po co Ci pieniądze?
- Chcę mieć SWOJE pieniądze, nie Twoje. Jestem dorosła. Potrzebuję zarabiać, jak każdy! A później wyprowadzić się z domu – mówiła dalej Sandra
- Wyprowadzić się? Ale jak to? Tak sama?
- Tak, sama. A co w tym dziwnego?
- Po co mieszkać samej, przecież masz ojca?
- Mam ojca, ale chcę mieć też przestrzeń dla siebie w życiu, a ty mi jej nie dajesz.
- Kochanie, mamy przecież taki duży dom…
- Nie o dom chodzi. Tato, nie dajesz mi prawa wyboru. Wszystko muszę robić, tak, jak Ty chcesz. Nie mogę robić tego, czego ja chcę. Spotykać się z chłopakami i chodzić na imprezy. Dość tego. Moje życie jest moje, nie Twoje. Potrzebuję woloności…
- Ależ córeczko – odpowiedział Marek.
Sandra jednak już tego nie usłyszała, wybiegła szybko z teatru i poszła do domu. Wzięła tylko swoją torbę, CV spakowała do teczki i pojechała tramwajem do Galerii Mokotów. Bardzo chciała pracować. Lubiła pracować… ale nie znosiła chóru i swojego ojca. Może nie jego osoby, ale jego rozkarów, decyzji i poleceń. Ma już przecież 20 lat! Jest dorosła!
- Dzień Dobry – przywitała się z kierowniczką kawiarni. – Przyszłam w sprawie pracy.
- Jasne, proszę usiąść. Porozmawiamy sobie. – odrzekła.
Sandra, wychodząc z galerii była bardzo szczęśliwa. „Chyba się spodobałam!”, uśmiechała się do siebie. Dostała pracę od razu… „Jakie to było proste, wystarczyło zaparzyć kawę trzem klientom”. Sylwia, kierowniczka kawiarni „Kawa i czekolada”, zamiast zadawania zbędnych pytań, postanowiła sprawdzić kandydatkę w praktyce. Poprosiła o zaparzenie kawy dla kilku klientów. Potem na parę minut stanęła na kasie…i dostała tę robotę.
- Proste? – zapytała Sylwia
- Proste! – odpowiedziała Sandra
„I tak powinny wyglądać rozmowy kwalifikacyjne. A właściwie to nie rozmowy, tylko konkretnie wykonane zadanie. Po tym powinno się sprawdzać, czy ktoś nadaje się do tej pracy, czy nie”, cieszyła się dziewczyna. Wreszcie uwolni się od ojca i będzie z Tomaszem. A jak! Ona nie zapomniała. Też o nim marzyła, tylko nie miała wyboru. Nie wiedziała, co robić. Bała się swojego zazdrosnego taty. „Może teraz się uda” – ucieszyła się, mając wielką nadzieję na wielką miłość, Sandra. 
Tymczasem Tomasz układał sobie w głowie, co ma powiedzieć do kamery. Przygotowywał bowiem swój kolejny filmik. Dodatkowo, postanowił opublikować swój numer telefonu, z nadzieją, że zadzwoni Sandra. Tomasz był pełen nadziei.
- Halo? – odezwał się głos w słuchawce Tomka, który był tak przejęty, że jego plan już zaczął działać tak szybko.
- Czy to Ty namówiłeś Sandrę, by zaczęła pracować? To na pewno Ty! Draniu jeden. Już ja ci pokażę. – krzyczał Marek do Tomka przez telefon
- To pan? Ale jak to…? – zająkał się Tomek
- Tak, to ja. Rozmawiasz z ojcem Sandry – mówił dyrygent.
- Ja nie mam pojęcia, gdzie jest Sandra. Sam jej szukam od wielu tygodni – powiedział z rozpaczą Tomasz
- Kłamiesz, na pewno wiesz, ukrywasz ją, tylko nie chcesz się przyznać. Mów mi zaraz, albo wezwę policję!!! – krzyczał Marek
- Nie mam z nią kontaktu. I proszę mi tu policją nie straszyć.
I położył słuchawkę. W takim razie oboje szukali Sandry. Odkąd dziewczyna wyszła na rozmowę o pracę, nie dała znaku życia. Nie wróciła na noc do domu. Ojciec bardzo się martwił. „Gdzie ona mogła pójść?”. Mówił Marek do siebie. I właśnie wtedy otworzył komputer i wtedy wyskoczył mu filmik Tomka. Pierwsze, o czym pomyślał, to że Tomek mógł ją namówić na randkę, a Sandra zbyła ojca pod pretekstem pracy. „Jest telefon! Zadzwonię to tego drania, niech mi odda moją córkę!”.
I tak się zaczęło wspólne poszukiwanie dziewczyny. Marek zadzwonił jeszcze raz. Tym razem był spokojny, wręcz z rozpaczą prosił Tomka o pomoc w poszukiwaniu córki. Był załamany. Oboje bardzo tęsknili za Sandrą. Postanowili razem jej poszukać.
- Mówiła, że jedzie do Galerii Mokotów – mówił Marek. – Tam zapytamy o nią we wszystkich kawiarniach.
- Dobrze, jak nie to pójdziemy do ochrony, niech pokażą filmiki z monitoringu. Może uda się wypatrzeć na nich Sandrę – zaproponował Tomek.
- Dobrze, a potem, jeśli się nie uda, dzwonimy na policję. – mówił ojciec dziewczyny. – Nie odbiera nawet telefonu. A może od Ciebie odbierze, ze mną nie chce gadać.
- Nie mam jej numeru. – mówił Tomasz
- Ale ja mam, dzwoń!
Jednak dziewczyna nadal milczała.
- Trzeba ją odnaleźć, żeby krzywdy sobie nie zrobiła ani ktoś jej coś złego nie zrobił.

Ojciec pomyślał, że pewnie nie dostała pracy i załamana gdzieś uciekła. Marek bał się stracić swoją jedyną córkę. Już jedną Sandrę stracił – swoją żonę. Nie chciał stracić drugiej. Chciał być z córką na zawsze, to jego życiowa miłość. Przecież każdy ojciec kocha swoje dziecko. Tym bardziej, gdy musi wychowywać je sam. Chciał być zawsze przy niej, nie spuścić z niej oka. Przyrzekł to sobie i swojej zmarłej żonie. „Będę się nią opiekował aż do śmierci…aż do śmierci”. 

12 maja 2017

ROZDZIAŁ 5 I 6 mojej książki

ROZDZIAŁ 5 



Natalia siedziała sobie w swoim pokoju i jak zwykle, co wieczór, oglądała filmiki modowe. Bardzo chciałaby też coś podobnego robić.
- Internet wiele daje dziś wiele możliwości. Może Cię zobaczyć cały świat – mówiła do Kasi przez telefon.
- To też zacznij robić coś w Internecie – poradziła jej przyjaciółka. – Kup sobie kamerę i zacznij nagrywać filmy. Zobaczysz, będziesz sławna!
- O tak! O niczym bardziej nie marzę! – odpowiedziała Natalia. – Kaśka, to kiedy przeprowadzamy się do Warszawy?
- Ja nigdzie nie jadę. Nie mogę… przynajmniej nie teraz. Mam tu pracę… w polu, zakupy robię, opiekuję się matką i braciszkiem. Nie mogę ich zostawić – mówiła Kasia.
- No, ja wiem, że nie teraz, już. Ale po wakacjach będziemy już świeżo upieczonymi warszawiankami – zadeklarowała Natka.
Natalia była inna od Kasi. Przyjaźniły się, owszem, ale nie można ich nazwać bratnimi czy siostrzanymi duszami. Były różne z charakteru i różne z wyglądu. Miały odmienne życie, mimo iż mieszkały w tej samej wsi Słoneczne Wzgórze. Kasia była spokojna, opanowana, pracowita. Nie lubiła się wyróżniać, ani sprzeciwiać innym. Zależało jej na dobru rodziny bardziej niż na swoich marzeniach, zaś Natalia była gwałtowna i porywcza. Lubiła być ważna; czuła, że jak ona czegoś nie zadecyduje za Kasię lub za nie obie, to nic z ich planów nie wyjdzie. Miała naturę przywódcy. Ot taka mieszanka charakterów, ale jak to mówią: przeciwieństwa się przyciągają.
Natalia była jedynaczką, co jest raczej nietypowe na wsi, gdzie rodzice mają po kilkoro dzieci. Mama Natalii była krawcową. Bardzo lubiła szyć na maszynie, sprawiało jej to przyjemność. Od małego lubiła szyć, najpierw ubrania dla lalek, co roku w wakacje szyła im nowe letnie sukienki, a zimą nawet płaszczyki. „Zuzi będzie zimno tylko w sukience, kiedy pada śnieg”, wspominała Wiesia dawne czasy. Później już dla dorosłych. Szyła dla znajomych i rodziny. Sąsiadki lubiły do niej przychodzić po nowe sukienki. Za swoje ubrania Wiesia brała niewielkie pieniądze, wręcz groszowe ceny. Jej mąż Wojciech zawsze mawiał, że za mało docenia swoje umiejętności. Jednak Wiesia wolała być skromna niż bogata.
- Gdybym mieszkała w Warszawie i szyła ubrania, to bym pewnie więcej brała za swoje usługi, ale tutaj? Na wsi? Ludzi bieda zżera, więc co ja mam zrobić? A ludzie potrzebują ubrań. – mówiła Wiesia do męża
To po mamie Natalia odziedziczyła zamiłowanie do mody. Lubiła oceniać stroje koleżanek czy sąsiadek. Była przy tym bardzo szczera:
- Pan Basiu, zielony z czerwonym bardzo się gryzie… lepiej będzie w czarnej spódnicy – mówiła Natalia. – Ciociu, powinnaś nosić krótsze sukienki, ta jest za długa i za szeroka. Pokaż swoje piękne nogi.
I tak wszyscy brali do serca jej rady.
Jednak ciągnęło ją do wielkiego świata, czuła, że w stolicy jest dla niej miejsce. Chciałaby wyjechać już teraz, jak najprędzej.
- Po co mi matura… można bez niej  żyć, a tam do kariery modelki nie jest to potrzebne, tylko długie nogi, zgrabne ciało i odrobinę wdzięku. To wszystko posiadam. Jedźmy Kaśka – mówiła dalej do przyjaciółki.
Natalia mówiła o tym rodzicom, że chciałaby wyjechać, ale zgodzili się pod warunkiem zdania matury i że rozpocznie w Warszawie jakieś studia. Zacznie pracować i zarabiać na siebie. Dlatego Natka czekała już tylko na koniec roku szkolnego. A był kwiecień. „Już niedługo! Wielki świat czeka”, pomyślała. „Nie muszę wlec wszędzie za sobą Kaśki. Sama sobie poradzę. Niech ona sobie tu zostanie, jak tak bardzo chce. Droga wolna”.

Nic nie powstrzymywało jej od tych planów. Niestety opornie jej poszło wzięcie się za naukę do egzaminów. W końcu bez matury nie pojedzie do Warszawy. Zastanawiała się tylko, jakie studia wybrać.
- Pierwsze lepsze, byle łatwo przepuszczali na egzaminach – mówiła do Kasi, gdy weszła teraz do jej pokoju.-  Jeśli chcesz coś robić dalej w branży modowej, to może idź w tym kierunku; albo kosmetologia czy wizaż.
- Ale to prędzej na prywatnych uczelniach… nie chcę płacić za studia. – mówiła Natka.
- Nie martw się, inni jakoś dają radę, to i Ty dasz.  – radziła przyjaciółka

- Zamieszkam w kawalerce, nie znoszę panoszenia się innych po domu. Wolę sama mieszkać. W wakacje wszystko sobie zorganizuję, znajdę pracę i nowy dom. Wszystko będzie po mojemu. Na reszcie będę wolna!!! 


ROZDZIAŁ 6

I tak, jak zaplanowała, tak zrobiła. Matura poszła jej gładko. Nie to, co Kasi. Kasia oczywiście również zdała, ale jej wyniki nie były zadowalające. Była trochę zazdrosna o Natalię. Kasia tyle czasu poświęcała na naukę, a do tego ciężka praca w domu i na polu. Kasia ledwo wiązała koniec z końcem. Mama Kasi, Anna, wciąż wydawała jej polecenia „wynieś, przynieś, pozamiataj!. Tu jest bałagan, zrób coś z tym”. Kasia nie mogła się z tym pogodzić, ze swoim losem. Choć nikomu się z tego nie zwierzała, nawet przyjaciółce. Nie mogła śpiewać w domu, ciągle praca i praca. Braciszek Mikołaj jest niesłyszący, więc nie może nawet z nią porozmawiać. Jeździ co kilka dni na warsztaty dla niepełnosprawnych. Zajęcia te odbywają się w pobliskiej miejscowości Nowe Miasto. Z tego ośrodka przyjeżdża busem kierowca, który zabiera Mikołaja i inne dzieci z okolicy, którym potrzebna jest taka terapia. Kasia musiała jeździć z nim i wracać. Ich mama nie znosiła podróżowania, szczególnie samochodem czy busem. Nie było wyjścia, Kasia musiała wozić braciszka na zajęcia. „Czemu nie mogę mieć, jak inne dziewczyny. Mają szczęśliwą rodzinę, oboje rodziców i nie martwią się o to, że krowa nie wydojona czy chwasty nie zebrane. Mogą sobie iść do kina, na koncert. Zero problemów i obowiązków”, myślała Kasia. Zazdrościła Natalii, choć nie powinna. Była jej przyjaciółką. „Nie mam chłopaka, a z resztą, kto by chciał taką brzydulę, jak ja”, myślała. Kasia zamknęła oczy i poszła spać. W nocy śniło jej się, że śpiewa. Stoi na scenie i wszyscy na nią patrzą – mama, brat, Natalia i wszyscy sąsiedzi, koleżanki z klasy. A ona w czerwonej sukience śpiewa ulubioną piosenkę „My heart will go on”. „PAMIĘTAJ, NIGDY NIE WOLNO SIĘ PODDAWAĆ, NAWET GDYBY ZABRAKŁO NADZIEI!!!..” takimi słowami skończył się jej sen. Te słowa często powtarzał jej tajemniczy głos w sercu. Był to cytat z jej ulubionego filmu. Titanic znała na pamięć, mogłaby oglądać i oglądać w kółko i zawsze płakała.
- Mamo, a dlaczego tata tak do nas długo nie przyjeżdża? – zapytała mamę Kasia. – Zapomniał o nas? Jesteśmy jego rodziną.
- Córeczko… nie wiem, na pewno ma obowiązki. Pracuje. – odparła Anna ze łzami w oczach
- Ale chyba o nas pamięta czasem? Myślisz, że nas wspomina?
- Kasiu, chyba nie, przecież nie przyjeżdża, nie dzwoni, nie pisze. Nie odwiedza nas nawet na święta. Może ma nową rodzinę, więc po co mu my. – zapłakała Anna

Tadeusz był mężem Anny. Poznali się tutaj, na Słonecznym Wzgórzu, a właściwie to na drodze między Wzgórzem a Nowym Miastem. Anna szła wówczas ze swoją córką na targ do wspomnianego pobliskiego miasteczka na zakupy. Wracając do wioski nagle ktoś potrącił ją… samochód tak szybko przerzucił ją na drugą stronę ścieżki. Zdążyła tylko chwycić Kasię za rękę i upadły razem na ziemię. Wtem przejeżdżał obok nich Tadek na rowerze.
- Nic pani nie jest? Czy słyszy mnie pani? – zapytał Tadeusz ranną kobietę
Kasi wyraźnie nic się nie stało. Stała nad matką i płakała, trzymając rączki na buzi. Była jeszcze mała. Anna nic się nie odezwała, straciła przytomność. Tadek zadzwonił po pogotowie. Przyjechało po 15 minutach i karetka zabrała Annę do szpitala. Tadek i Kasia pojechali na rowerze. Na miejscu okazało się, że Annie nic się poważnego nie stało. Trochę posiniaczona i miała niewielkie złamanie nogi.
- Będzie musiała pozostać w szpitalu przez parę dni – oznajmił lekarz Tadeuszowi.
- Oczywiście, rozumiem. Będziemy przy niej czuwać – odpowiedział.
- Czy państwo są rodziną chorej? – zapytał doktor
- Jestem jej przyjacielem. A to jej córka, Kasia.
Tadeusz musiał tak odpowiedzieć. Choć poznali się dopiero podczas wypadku. Jednak, gdyby lekarz to wiedział, to nie pozwoliłby mu zostać przy Annie.
Po wyzdrowieniu Anny Tadeusz pojechał z nią do jej domu. Wzięli taksówkę, bo na jednym rowerze cała trójka by się nie zmieściła. Zajechali razem do domu Anny i Kasi. Tadeusz bał się je zostawić same, dlatego przez całą noc czuwał, był u nich w domu.
Tadeusz mieszkał sam, w pobliskim Nowym Mieście. Nie musiał nikogo informować o tym, że nie wraca. A tu miał się kim opiekować. Przy Annie i jej córce dobrze się czuł, czuł się potrzebny. Z czasem Tadeusz zamieszkał razem z Anną i Kasią. Cała trójka czuła się bardzo sobie potrzebna. Po kilku latach Anna i Tadek pobrali się, a niedługo potem urodził się im ich synek – Mikołaj. Niestety, okazało się, że jest niesłyszący. Jednak opiekowali się nim jak mogli. Kasią również. Razem byli bardzo szczęśliwy.
Kiedy Mikołaj skończył 2 lata Tadeusz postanowił wyjechać do pracy do Londynu. Pracował w tamtejszej restauracji. Obiecywał przesyłać rodzinie pieniądze. I robił to, do czasu. Potem coraz rzadziej aż w końcu przestał dawać znak życia rodzinie. Anna i Kasia bardzo tęskniły. Szczególnie Kasia. Poczuła przez chwilę, jak to jest mieć ojca. I choć Tadeusz nie był jej biologicznym ojcem, ale czuła wyjątkową bliskość z nim. Jakby nim był naprawdę.
Kasia nie wiedziała, co się stało z jej pierwszym ojcem. Nie przypuszczała też, że Anna nie jest jej rodzoną matką. Nigdy o tym nie rozmawiały, a Kasia też bała się zapytać. Zawsze jednak dziwiło ją to, gdy ludzie mówili, że jest zupełnie nie podobna do Anny. Przybranych dziadków również nie pamiętała. Była bardzo mała, gdy zmarli. Kasia miała więc tylko mamę. No i braciszka. Tak marzyła o tym, by móc z nim porozmawiać. Mikołaj żył w swoim zamkniętym świecie.
Kontakty z mamą zaczęły być trudne, kiedy zaczęła chodzić do szkoły. Mama zaczęła być bardziej nerwowa, pełna niepokoju. Sytuacja finansowa też nie była zadowalająca. Żyli tylko z zasiłku, jaki przysługiwał im z powodu chorego Mikołaja. Kasia rozmawiała z mamą o tym, że chciałaby wyjechać do Warszawy na studia. Tam by znalazła pracę i pomogła mamie i bratu.
- Nie ma mowy, Kaśka. Co Ci strzeliło do głowy? Warszawa nie jest dla Ciebie. Twoje miejsce jest tutaj, na wsi. Przy braciszku i przy matce. WARSZAWA NIE JEST DLA CIEBIE…WARSZAWA NIE JEST DLA CIEBIE…” -  te słowa przekreśliły wszelkie nadzieje na lepsze życie Kasi.



ROZDZIAŁ 4

ROZDZIAŁ 4



Marek Wójcik był znanym warszawskim dyrygentem i kompozytorem. Pracował od 30 lat w tym samym Teatrze Syrena. Był wybitnym muzykiem i posiadał słuch absolutny. Potrafił szybko wychwycić, czy ktoś fałszuje, czy nie. Marek prowadził chór teatralny. Był z niego bardzo dumny. Traktował je jak swoje drugie dziecko. Pierwszym była oczywiście Sandra. Marek traktował swój chór w sposób wyjątkowy – pielęgnował go niczym ogrodnik, pracował z nim do późnych godzin nocnych. Uczył swoich podopiecznych nie tylko, jak poprawnie śpiewać, ale też jakim być człowiekiem na scenie i w życiu. Uczył ich pewności siebie.
Niestety Marek posiadał jedną wadę – nie znosił popełniania błędów. Był profesjonalistą w każdym calu, szczególnie w swojej pracy. Oczekiwał od swoich współpracowników tego samego. Generalnie Marek był spokojnym i opanowanym człowiekiem, ale gdy zbliżała się premiera jakiegoś ważnego spektaklu czy inne ważne wydarzenie wtedy był bardzo nerwowy. Chciał, by wszystko wypadło idealnie, żeby nikt nie fałszował, nikt nie pomylił słów w tekście piosenki. Marzył, by śpiew jego chóru zawsze zbierał owacje na stojąco. Gdy tego elementu zabrakło, uznawał, że coś poszło nie tak, że wokaliści nie postarali się, nie dali z siebie wszystkiego. Wtedy nie potrafił opanować złości.
W kawiarni Teatru Syrena pracowała Anna. Była zawsze skromną dziewczyną, a kiedy prosił o przyniesienie kawy do sali prób z bufetu, zawsze lubił i chciał by to Anna mu ją przyniosła. Pozwalał jej siedzieć na widowni, by mogła obserwować i przysłuchiwać się próbom jego chóru. Czuł się wtedy taki dumny, a zarazem szczęśliwy. Marek miał wtedy może ze 30 lat, a Anna około 20. Byli jeszcze bardzo młodzi, z wielkimi ambicjami na przyszłość zawodową, choć każdy w innej dziedzinie. Bardzo chciał, żeby Anna zaśpiewała jakąś jego piosenkę albo w ogóle wydobyła z siebie jakiś dźwięk, który można nazwać śpiewaniem. Chciał też, żeby śpiewała w jego chórze, ale nie potrafił jej o to zapytać, a sama też milczała.
Gdy doszło do przykrej sytuacji, w której Anna pomyliła się podczas śpiewania, zastępując chorą koleżankę, był wściekły. Może nie na samą Annę. W końcu pierwszy raz odważyła się użyć swojego głosu przy nim. „Głos miała prześliczny, niczym słowik”, wspominał dyrygent po latach. Ale zaraz głupio mu się zrobiło na myśl o tym, co było potem. Nakrzyczał na Annę. Wpadł w furię, a koncert okazał się klapą. To wszystko, nad czym pracował, poszło na marne. Ludzie na publiczności… chyba nie zauważył ich reakcji, choć zawsze liczył się z jej zdaniem. Emocje wzięły górę nad rozsądkiem. Wyrzucił Annę z koncertu i z teatru. Potem bardzo tego żałował, ale nigdy nie potrafił przeprosić. W sumie od tamtej pory nie widział jej. Przestała pracować w kawiarni teatralnej i słuch o niej zaginął.
Marek miał wyrzuty sumienia. Nieraz budził się w nocy z powodu koszmarów, jakie nawiedzały go we śnie. Przebieg tych snów był bardzo podobny. Anna w długiej czerwonej sukni śpiewa arię operową najwyższym z możliwych głosów. Śpiewa tak głośno, że aż uszy zaczynają Marka boleć. Aż w końcu głuchnie od tego dźwięku…zupełnie jak u ptaków głuszców. I wtedy zwykle Marek się przebudza. „Jakie to szczęście, że jednak nie jestem głuchy”, pomyślał dyrygent po przebudzeniu. „Wtedy nie mógłbym komponować”.
Marek miał jedyną córkę, Sandrę. Obecnie miała 20 lat. Przez większość życia wychowywał ją sam. W wieku 35 lat ożenił się z piękną kobietą imieniem Sandra. Cóż za zbieg imion, lecz nie przypadkowy. Marek i Sandra żyli ze sobą przez kilka lat. Jeździli razem na wakacje, on zapraszał ją do swojego teatru na spektakle. Byli nierozłączni. Gdy zbliżały się urodziny Sandry, kupował jej kwiaty i pichcił ciasta. Mało kto wiedział, ale drugą pasją Marka było pieczenie ciast. Kupował książki kucharskie, czasem pomagał mamie w kuchni, lubił przeglądać jej zeszyt z przepisami. W pichceniu też chciał być profesjonalistą. Jednak robił to tylko w domu, dla siebie i dla rodziny. Mało kto mógł spróbować jego pysznych ciast. Kiedyś zrobił mamie na dzień matki piękny tort w kształcie serca, z bukietem tulipanów na wierzchu.
Jednak życie Marka nie oszczędzało. Zaczęło się komplikować, gdy Sandra zaszła w ciążę. Lekarze zdiagnozowali u niej białaczkę. Niestety, jest to bardzo śmiertelna choroba. Jeśli nie znajdzie się szybko dawcy szpiku, można umrzeć. Najgorsze jest jeszcze to, że i ciąża jest zagrożona. „Co robić??? Co robić???” Ona musi żyć. One muszą żyć. Sandra i nasza córeczka” – płakał Marek. Był ciągle w szpitalu, przy żonie. Zrezygnował z pracy w teatrze, żeby opiekować się Sandrą. Pomagał jej, dodawał sił i koił jej łzy. Niestety, niedługo po urodzeniu córeczki, Sandra zmarła… choroba była zbyt silnym przeciwnikiem. Marek nie wiedział co czuje. Ból? Rozpacz? Radość z urodzonej córeczki? Ból po utracie żony? Jego emocje wahały się z jednego krańca na drugi.
Marek postanowił sam zaopiekować się małą dziewczynką i postanowił nadać jej imię SANDRA, żeby zawsze mieć  w pamięci swoją żonę. Kochał ją ponad wszystko. Starał się córce zapewnić wszystko, czego potrzebowała. Nie mógł wrócić do pracy, musiał być dla Sandry i ojcem i matką. Chciał i musiał być przy córeczce. To jego obowiązek. Pomagali mu rodzice, ale z czasem i to nie wystarczało. Z biegiem lat Sandra poszła do przedszkola, potem do szkoły. Wtedy Marek podjął się pracy nauczyciela muzyki w jej szkole.
Dzieci go bardzo lubiły i on lubił dzieci. Mógł dzięki temu być przy Sandrze. Bał się jej spuścić z oka. W końcu była jego jedyną córeczką. Jedyną żywą „pamiątką” po jego żonie. Była po prostu jego córką, a on chciał być dla niej i ojcem i matką.
Z czasem chyba aż za bardzo wcielił się te role. Gdy Sandra stała się nastolatką, chciała chodzić do znajomych do domu, na imprezy i inne okazje. Wtedy Marek bardzo się o nią martwił. Był jakby trochę o nią zazdrosny. Dotąd spędzała czas tylko z nim, a teraz jacyś obcy ludzie kręcą się przy niej. Najgorzej było, gdy zobaczył ją w towarzystwie chłopaków. Wtedy mówił jej, żeby trzymała się od nich z daleka.
- Lepiej uważaj kochanie – radził tata Sandrze
- Tato, nic mi nie będzie – odpowiadała.
I tak nieposłuszna córeczka coraz częściej wychodziła z domu. A Marek zostawał sam. Samotność w domu to najgorsze uczucie, jakiego może doznać człowiek. Wtedy naszła go myśl, żeby porzucić pracę w szkole i wrócić do teatru. Stęsknił się za swoim chórem. W tej samotności Marek skomponował wiele utworów. Jego życie teraz się zmieniło, więc utwory też były inne. Nie wesołe, ale przepełnione smutkiem i rozpaczą. „Takie utwory zawsze chciałem pisać”, mówił dyrygent. „To, co wcześniej pisałem to zupełnie inna muzyka. Moja muzyka będzie teraz wyrażać emocje. Prawdziwe, z głębi serca. Muzyka to emocje, wzruszanie się, łzy. To zjednoczenie się z muzyką przez wszystkie nasze zmysły i serce, nie tylko słuchem powinniśmy odbierać muzykę”, myślał Marek.
Po powrocie do pracy był zdziwiony odnowionym składem chóru. „No tak, nie było mnie tu parę lat, to i chór się zmienił. Jedni odchodzą, drudzy przychodzą. Szkoda, że nikt nie chce w nim śpiewać na stałe”. I wtedy Marek pomyślał o Annie. Ona by pewnie chciała śpiewać w jego chórze. Zawsze chciała, tylko nie miała odwagi.” A gdy się odważyła, stanąłem jej na drodze do marzeń”, zapłakał dyrygent w teatralnej szatni.
- Co Ci jest, stary? – zapytał Grzegorz, kolega z teatru.
- Aara… to długa historia, Grzesiu – odparł Marek. – Czy popełniłeś kiedyś błąd, którego bardzo żałujesz?
- Hm… niech no pomyślę. Tak! Wsypałem kiedyś sól do filiżanki z kawą. Była obrzydliwa! To jedyna kawa, którą musiałem wylać – żalił się kolega.
Grzegorz chyba nie specjalnie się przejął życiowym błędem Marka. „Porównywać zniszczenie komuś marzeń do posolonej kawy??? Ratunku, na jakim świecie ja żyję???”, myślał Marek pełen wyrzutów sumienia. „Nikt mnie nie rozumie”
Marek znów przychodził codziennie na próby chóru. Widząc rządek młodych osób marzących o karierze wokalnej napawało go znów dumą i radością. Zapragnął również, żeby Sandra śpiewała w jego chórze. Choć sama nie przepadała za śpiewaniem. Jednak nie chciała sprawiać przykrości ojcu. Bardziej ciągnęło ją do sportu i w daleki świat. Chciała podróżować, być nareszcie wolną i swobodną. Jak ptaki.


11 maja 2017

Wszystko się może zdarzyć - ROZDZIAŁ 3

Kochani, zapraszam do lektury trzeciego rozdziału mojej książki pod tytułem "Wszystko się może zdarzyć". Jeśli ktoś chciałby sobie przypomnieć dwa poprzednie rozdziały, to są dostępne pod linkami:

Rozdział 1 
http://piosenkajestdobranawszystko87.blogspot.com/2017/05/pierwszy-fragmentrodzia-mojej-ksiazki.html

Rozdział 2 
http://piosenkajestdobranawszystko87.blogspot.com/2017/05/rozdzia-2wszystko-sie-moze-zdarzyc.html




A OTO ROZDZIAŁ TRZECI

Tomek był świeżo upieczonym studentem prawa. A jak! Prawnik super zawód, każdy facet powinien mieć poważny fach w ręku. Inaczej nie będzie dobrym kandydatem na męża i ojca. Jednak dla Tomasza studia to przede wszystkim wieczna impreza, prawdziwie dorosłe życie, zero zahamowań, zero starych. Luz, bluz i imprezy! To jest życie!
Tomasz nie mieszkał w akademiku, nie miał też pracy. „Po co pracować, kiedy się ma bogatych starych”. Mieszkał z rodzicami w luksusowym apartamencie na Mokotowie. Był synem bogatych ludzi. Matka Magdalena była prawnikiem. Miała swoją kancelarię w Centrum Warszawy i była jednym z najlepszych radców prawnych w mieście. Ojciec Andrzej pracował w korporacji na Służewcu. Był szefem działu marketingu. Tomasz miał się kim pochwalić przez kolegami. Zawsze miał zapewnioną przyszłość. Nie musiał nawet iść na studia, ale wiadomo – dziś studia to prestiż, moda ale także wieczna impreza i przedłużenie młodości.
Ostatnie miejsce w jego kalendarzu zajmowała nauka. Poza tym nie musiał się właściwie wcale uczyć. Każdy egzamin był dla niego pestką. Miał ściągi ze wszystkich przedmiotów w swoim smartfonie. Potrafił przechytrzyć nawet najbardziej spostrzegawczego nauczyciela. Niczym iluzjonista. I po co się uczyć?
Imprezy rządzą! Tomasz bywał gościem wszystkich najlepszych klubów w stolicy. Potrafił wypić kilka drinków jednej nocy i tańczyć bez chwiejnego kroku. A dziewczyny podrywał z prędkością światła. Bawiło go to.
Jednak nikt nie wiedział, że Tomek ma tajemnicę. Chronił przed innymi swoją wielką pasję. Właściwie to dwie pasje. Jedną było aktorstwo, a drugą pisanie tekstów. Pisał wiersze, opowiadania, ale najbardziej kochał tworzyć scenariusze filmowe. Nikt o tym nie wiedział. Przecież to niemęskie. Nie dla niego. W dzisiejszym świecie lepiej udawać twardziela niż wrażliwego chłopca. Panienki nie lecą na łzawe wiersze o miłości czy serenady śpiewane pod oknem. Dziś dziewczyny kręcą chłopcy z wypasionymi furami, modnie ubrani i z kasą w kieszeni. Dlatego Tomek zarywał noce, te, których nie spędzał w klubach. Potrafił pisać godzinami. Umiał stworzyć dziesięciostronicowe opowiadanie formatu A4 w 3 godziny. Jednak najbardziej lubił pisać scenariusze. Był mistrzem prowadzenia dialogów przez  bohaterów swoich wymyślonych historii. Tylko, kto mianował go mistrzem? Sam dobrze się czuł w tym gatunku tekstu pisanego. Uwielbiał oglądać filmy, choć zwykle nie chodził do kina. Wolał kluby z muzyką. Po nocach z laptopem w ręku śledził historie bohaterów. Uwielbiał dramaty i melodramaty, chciał poprzez oglądanie filmów, przeżyć coś na swojej skórze i w swoim sercu. Wrażliwiec jeden. A kto by się po nim spodziewał. Nieraz płakał, gdy ulubiony bohater umierał lub zachorował na ciężką chorobę. Sam marzył najbardziej o studiach aktorskich. Chciał wzruszać ludzkie serca poprzez swoje filmy. Jednak cały czas ukrywał to marzenie. Bał się reakcji innych, głównie rodziców. Miał już 20 lat. „Chłopie, potrzebujesz dziewczyny i porządnej pracy. Musisz zarabiać pieniądze. Te aktorskie gierki nie są dla Ciebie. Nie dla faceta”, tak powiedziałby pewnie ojciec Tomka.

Pewnego razu na siłowni, do której chodził poznał piękną dziewczynę o wdzięcznym imieniu Sandra. Po kilku pierwszych uprzejmościach, przeszli do rozmów o życiu. Sandra opowiadała mu o pracy swojego ojca. Był dyrygentem w Teatrze Syrena od wielu lat. Jego chór był najlepszy ze wszystkich w Warszawie. Tomek zaciekawił się opowieścią nowej koleżanki. Tak bardzo, że sam zapragnął znaleźć się w tym teatrze…chciał poczuć magię sceny. W końcu teatr to też aktorstwo.
- Może chcesz przyjść na próbę – zapytała
- Yyyy…ale nie wiem, czy mogę? – odrzekł Tomasz – nie znam Twojego ojca.
- Ale ja znam! Chodźmy!

 I tak poszli razem. Szli piechotą przez pół Warszawy i mogliby tak iść jeszcze dłużej, kiedy nagle ich oczom ukazał się piękny, okazały gmach teatru. Czym prędzej weszli do środka i zapukali do sali prób.
- Cześć tatku. Przyprowadziłam kolegę – oznajmiła Sandra.
- Witaj córeczko. A cóż to za młodzieniec? Nigdy mi o nim nie opowiadałaś – odpowiedział ojciec
- Przecież dopiero, co się poznaliśmy, więc nie miałam jak Ci go wcześniej przedstawić. Chodzimy razem na siłownię.
I tu Sandi zaprezentowała swoje mięśnie brzucha. Marek spojrzał się do chłopaka:
- Dzień dobry panu! – przywitał się Tomek
- Dobry, dobry…zależy dla kogo – odpowiedział dyrygent
- To…to nie ja…to ona sama mi powiedziała, że mogę tu przyjść na próbę.
- A jak Ci na imię, chłopcze? – zapytał tata Sandry
- Tomasz
- To masz problem, stary!
- Ja…aaa jak to?
- Nikt nie może tutaj sobie przychodzić ot tak. To nie cyrk, tu się pracuje. – krzyknął Marek
- Tato, przestań! On nic złego nie zrobi. Pozwól mu zostać. Kocha teatr tak, jak my. To jego pasja.
- Mowy nie ma. Jak chce zobaczyć, to niech sobie kupi bilet na spektakl i przyjdzie obejrzeć razem z innymi ludźmi. Zaoferował tata Sandry
Niestety, Tomkowi było przykro. Miał dziwne uczucie. Nikt go nigdy tak nie potraktował. Zawsze ludzie mięli przed nim respekt. Był kimś. Synem biznesmena i prawniczki. A tu taki ktoś potraktował go jak śmiecia. Tylko dlatego, że chciał zobaczyć próbę spektaklu. A może chodzi o tą dziewczynę? "Może myślał, że jesteśmy razem i nagle dowiedział się o naszym rzekomym związku. Ech…przez te baby same problemy", myślał Tomek. 
I tak jak pomyślał, tak chwilę potem zaczął żałować swoich myśli. Przecież to nie wina Sandry. Była taka ładna i miała uroczy uśmiech. Dzielnie walczyła o niego, by mógł zostać. Wychodząc z teatru Tomek podreptał po schodkach i otworzył frontowe drzwi, nad którymi wisiała tabliczka z napisem „Do Kasy”. Po wejściu zaczął wnikliwie studiować repertuar.
- O Mamma Mia! Wystawiają ten genialny musical!!! – krzyknął głośno
Trochę się speszył, gdy kasjerka zapytała go o wiek. „Przecież każdy ma prawo przyjść do teatru. Nie tylko stare dziadki”, pomyślał. „Jak widać pasja do teatru i aktorstwa takiego chłopaka, jak ja jest już ponad ludzką wyobraźnię”. I tak szczęśliwy z dwoma biletami w ręku poszedł do domu.

Na drugi dzień poszedł znów na siłownię, łudząc się, że spotka Sandrę. Chciał ją zaprosić do teatru. Razem mogliby obejrzeć spektakl. Jednak dziewczyna nie przyszła. „Szkoda”, pomyślał Tomek, ale nie tracił nadziei. Postanowił przychodzić dzień w dzień i czekać na Sandrę. Stał tak do późnych godzin nocnych, nieraz nawet w deszczu, głodny i spragniony. Byleby tylko spotkać dziewczynę. Nie miał do niej numeru. Wiedział tylko, że może przebywać na siłowni lub w teatrze, ale tam wolał się nie kręcić tak często ze względu na jej ojca. „Biedna Sandra, jak ona z nim wytrzymuje”, pomyślał Tomek. Do spektaklu zostało jeszcze dwa tygodnie..może jeszcze się uda.
W końcu zrezygnowany chłopak poszedł z biletami do domu. „A może by tak zaprosić mamę do teatru?”, pomyślał. „Głupio tak iść samemu. To obciach”.
Przy wieczornej kolacji Tomasz odważył się przemówić do matki:
- Mamo! Niedługo Twoje imieniny! Mam tu dla Ciebie prezent – oznajmił Tomek.
- Prezent? Dla mnie? Do moich imienin jeszcze daleko, synku.
Chłopak wyciągnął z kieszeni dwa bilety, jeden położył przy talerzu mamy, drugi przy swoim.
- Czy to bilety? – zapytała mama
- No…tak! Do teatru. Może chciałabyś iść ze mną? Bardzo bym chciał zobaczyć.
- Skąd je masz, Tomku?
- Kolega mi oddał. Dostał od mamy z pracy. Nie może iść, więc oddał mnie – skłamał Tomek.
- Hahahahahaha – zaśmiała się matka – Ty i teatr!!! A to dobre!!!
- A co w tym śmiesznego? Dużo ludzi chodzi do teatru – powiedział syn

Matka Tomka długo nie mogła dojść do siebie. Nie zgodziła się iść z nim do teatru. Postanowił iść sam. Gdy nadszedł dzień spektaklu chłopak ubrał się w najlepszy garnitur, z muszką zawiązaną pod szyją. Tak wystrojony pojechał w kierunku teatru.
Usiadł w pierwszym rzędzie, tuż przed sceną. Nerwowo wiercił głową na lewo i prawo. Wypatrywał Sandry na widowni. Niestety nie zauważył jej. Zobaczył ją dopiero na scenie! Śpiewała w chórze swojego ojca. A obok chóru aktorzy odgrywali sztukę. Jednak jego oczy były zwrócone tylko na jedną dziewczynę, wybrankę jego serca. Zakochał się w niej na amen. Chciał, by ona spojrzała chociaż raz w jego stronę. Niestety, tak się nie stało.   

08 maja 2017

Jak pozytywnie nastawić się na sukces?

Cześć Kochani! 



Dziś nie zamieszczę kolejnego rozdziału mojej książki. Zamiast tego chciałabym przez kolejnych kilka postów dać Wam kilka psychologicznych rad. Nie jestem psychologiem z  zawodu, ale doświadczyłam w życiu różnych rzeczy, chwil i emocji. Chciałabym się tym z Wami podzielić. Być może są wśród Was tacy, którym brakuje pewności siebie albo wiary w siebie. To wbrew pozorom dwa różne pojęcia. Może ktoś być odważny, skakać ze spadochronem lub pokazywać się w telewizji, a w środku być niepewnym, zagubionym, szukającym swojego prawdziwego "JA". Ja mam dokładnie odwrotnie. Wiele czynników złożyło się na to, że byłam/uchodziłam za nieśmiałą. Wychowano mnie w taki sposób, na "grzeczną i posłuszną", w szkole też raczej się nie udzielałam ani nie wyróżniałam. Jednak gdzieś tam w środku czułam się zupełnie inną osobą. Czułam się odważna, przebojowa i pewna siebie. Widziałam siebie od zawsze na scenie czy w TV. Jak słuchałam piosenek np Bajmu to wyobrażałam sobie, że śpiewam z Beatą w duecie albo jako chórek...tak samo w wyobrażałam sobie jak śpiewam w Melodii obok Anetki, Madzi i Magdy :) miło, że chociaż część tych marzeń się spełniło. Ciągnęło mnie do tego kolorowego świata muzyki, sceny i gwiazd. Serio. Gdyby ktoś mnie spytał kim tak właściwie chciałabym być z zawodu to bez wahania myślę "piosenkarką". Tak jak wiele dziewczynek mówiło w programie "Od przedszkola do Opola". Dlatego śpiewałam przez krótki czas w chórze szkolnym...uwielbiałam się uczyć tekstów piosenek na pamięć. Zawsze chciałam dawać ludziom radość poprzez moje piosenki..jak Majka Jeżowska albo Beata :) 




No cóż...życie potoczyło się inaczej..do śpiewania już chyba nie wrócę. Rodzice zawsze nie chcieli bym szła tą drogą...i tak z trudem przekonałam rodzinę, że chcę studiować biologię..to też dziedzina, która lubię. Oprócz tego teraz rozwijam się w nowym kierunku - przewodnik/turystyka. Sama nie wiem, którą z dróg wybrać. Kocham też pisać...chciałabym wzruszać ludzi poprzez moje teksty...książki...opowiadania. Swoją pierwszą książkę właśnie piszę. No ale może dosyć tych rozważań. 

Dziś chciałam Wam opowiedzieć, na moim przykładzie, jak być pewnym siebie. Są sytuacje, w których chcemy dać z siebie wszystko. I tak właściwie to w wielu przypadkach wszystko co dzieje się w naszym życiu decydujemy my sami. Czasem nie..np choroba albo utrata kogoś bliskiego, są to wypadki losowe...trudno się z tym pogodzić i nie mamy wpływu na pewne wydarzenia, choć bardzo byśmy chcieli. Jednak w wielu przypadkach życie zależy od nas samych. Wszystko jest w naszej głowie. 




Opowiem na przykładzie mojej rozmowy kwalifikacyjnej do pracy (ZTM), którą odbyłam w zeszłym roku, dokładnie w maju. Przez długi czas nie mogłam znaleźć pracy. Co ciekawe, o ile odpowiedzi na moje CV było dość sporo. Jeździłam z jednego spotkania na drugie, zwiedziłam prawie wszystkie dzielnice Warszawy w poszukiwaniu pracy. I nie potrafiłam przejść drugiego etapu rekrutacji. Mało tego, byłam nawet na kilku szkoleniach/warsztatach dotyczących "jak skutecznie przejść rozmowę kwalifikacyjną", tak, że sama mogłabym dawać rady innym (wtedy) jak przejść a sama nie potrafiłam. Bywa i tak. Miałam już dość ciągłych niepowodzeń. Co jest ze mną nie tak? Czy mam za mało umiejętności? Za słaby angielski? 3 lata bez pracy? Jak mam im powiedzieć, że miałam depresję? Nie uwierzą? Setki pytań krążyło w mojej głowie. Aż dostałam możliwość z urzędu pracy wykonywania drugiego stażu. Po kilku nieudanych rozmowach, dostałam skierowanie do ZTM. Pomyślałam "TERAZ MUSI SIĘ UDAĆ". Pani w pokoju w urzędzie dodała też "zostało tylko ostatnie miejsce"...nie bardzo kojarzyłam, jakie ostatnie miejsce? co ma na myśli...ALE TE SŁOWA DODAŁY MI PSYCHOLOGICZNEGO KOPNIAKA. Ja niestety tak mam, takie słowa bardzo na mnie działają. Myślałam tylko o tym, żeby udało mi się wejść na to jedno miejsce. Zadzwoniłam i umówiłam się na dzień rozmowy kwalifikacyjnej...i co? Rozchorowałam się. Nie wiem, czy to ze stresu, ale rozbolało mnie gardło, dostałam chrypki i ledwo mówiłam..i jak ja mam ich przekonać, że potrzebuję tej pracy, skoro ledwo mogę wydobyć z siebie głos, a migowego nie znam??? 




Wtedy poszłam po rozum do głowy i pomyślałam "MUSZĘ DAĆ RADĘ!!!! BO JAK NIE JA, TO KTO???!!!". Cały czas powtarzałam sobie w głowie te słowa, że musi mi się udać. Brak głosu nie może mi przeszkodzić w zdobyciu pracy. Musze być na tym jednym miejscu. Ja dam radę. Musiałam się maksymalnie pozytywnie nastawić. Powtarzałam sobie też słowa dziadka, który kiedyś właśnie uczył mnie, jak się nie poddawać w życiu. Może kiedyś Wam opowiem o moim dziadku. On zasługuje na taki post. Był dla mnie ważnym i wspaniałym człowiekiem. Nauczył mnie życia bardziej niż ktokolwiek inny. Ale wróćmy do rozmowy kwalifikacyjnej. 



W dniu rozmowy obudziłam się z jeszcze większą chrypką niż wcześniej miałam. Masakra. Żadne dropsy na gardło nie pomagały...przestałam wierzyć w reklamy tych leków. Nałykałam się całego opakowania pastylek na chrypkę i nic. W drodze do ZTMu kupiłam sobie coś do picia, żeby chociaż trochę nawilżyć gardło. Weszłam do miejsca rozmowy i przywitały mnie dwie miłe panie z działu kadr. W ogóle miałam 2 etapy rozmowy, siedziałam przy takim wielkim stole, obok 3 osoby - 2 z kadr i jedna pani kierowniczka działu. Tyle pytań jeszcze nigdy nikt mi nie zadał na rozmowie, ale w głowie miałam tylko jedno "przekonać ich, że to właśnie mojej osoby potrzebują". Próbowały mnie "zbyć" różnymi "ale...", pytaniami, czemu długo nie pracowałam, potem czy jestem odporna na ludzi, na stres, czy chciałabym pracować w archiwum, masa pytań. I za każdym razem odpowiadałam tak, jak radził mi pan, z którym pracowałam w ZDM, który mówił, że "nie umiem, ale się nauczę" :) mówiłam, że dla mnie najważniejszą cechą pracownika powinna być pracowitość, a wszystkiego innego można się nauczyć. W ogóle we wszystkich miejscach, w których pracowałam najbardziej za co mnie chwalili to za pracowitość..a najbardziej klienci empiku ;) "Szkoda, że na rozmowie nie mogę pokazać tego...nie umiem słowami opisać swojej pracowitości. Wolę robić niż mówić". I to zdanie było chyba u mnie kluczowe. Po tych słowach zobaczyłam nadzieję w oczach tych trzech osób, z którymi miałam rozmowę. Udało mi się!!! Dostałam pracę!!! :) Nie wiedziałam, jak im dziękować. To był dla mnie ogromny wysiłek. I chociaż dziś już nie pracuję tam...na rozmowie mi kilka razy powtarzali "musi być pani przygotowana, że to tylko na 9 miesięcy praca!". Dla nich "tylko", a dla mnie "aż 9 miesięcy". Może to nie jest praca moich marzeń..do takiej jestem teraz w trakcie dążenia. Jednak wiele mi dała...dziś miło wspominam, poznałam fajne osoby, chciałam też zarobić na kurs przewodnika i na siłownię. Wszystko poszło zgodnie z planem. 

Kochani, jak widzicie. Wszystko jest w życiu możliwe. Musicie tylko bardzo tego chcieć, do czego aktualnie dążycie. Życie nie jest łatwe, mnie nigdy nie oszczędzało. Nauczyłam się walczyć o wszystko. Wykorzystywać te szanse, które daje Wam życie. Doceniać swoje największe umiejętności, zalety. Skromność też jest potrzebna, ale nie np na rozmowach o prace. Druga osoba by pomyślała, że może się chwalę,że jestem pracowita. Ale to moja największa zaleta jako pracownika. Chciałam by to jakoś zauważyli podczas rozmowy. Nie umiem pracowitości pokazać słowami. Jednak trzeba tak mówić, by przekonać innych, że to Ty jesteś tą właściwą osobą. Musisz jakoś przekonać pracodawcę, że dana cecha jest Twoją największą zaletą. 

To akurat pisałam na przykładzie rozmowy o pracę. Ale to samo dotyczy różnych innych sytuacji w życiu. Doceniajcie swoje własne umiejętności i zalety. Zróbcie z nich atuty. Nie ukrywajcie tego, bo życie może Was ominąć. Ktoś może pięknie rysować/malować - pokaż to ludziom! Ktoś umie pięknie śpiewać - zapisz się na lekcje śpiewu albo próbuj w castingu swoich sił! Wiem, że bywają w życiu lepsze i gorsze momenty. Te gorsze należy przeczekać...i nic z tym nie zrobimy. Jednak, gdy czujemy się chwilowo lepiej duchowo, mamy lepsze spojrzenie na własną osobę - DZIAŁAJ! Żebyś nie przegapił swojej szansy. Być może to Twoja jedyna szansa. Wykorzystaj ją, zanim Cię ominie. Nie stój bezczynnie. Tylko działanie wprawia w ruch Twoje życie! 


03 maja 2017

ROZDZIAŁ 2/WSZYSTKO SIĘ MOŻE ZDARZYĆ



Niestety w rodzinnym domu Kasi muzyka była tematem tabu. Matka Kaśki była przewrażliwiona na punkcie wszystkiego, co kojarzy się z muzyką. Miała w związku z tym złe wspomnienia, a koszmary z młodości nie przestały jej prześladować. Wciąż widziała w swoich snach lub oczyma wyobraźni siebie próbującą śpiewać. Uwielbiała stare przedwojenne piosenki, a także młodsze…z lat 50., 60 i 70. Chciała być piękna jak Anna Jantar i tak samo jak ona pięknie śpiewać. Była dumna  z tego, że nosi to samo imię, co jej ulubienica. Każdą jej piosenkę znała na pamięć. Anna próbowała, jako mała dziewczynka, swoich sił w teatrze. Lubiła odgrywać przed swoimi rodzicami scenki z ulubionych książek i filmów. Jednak najbardziej lubiła śpiewać. Gdy studiowała w Warszawie medycynę, po zajęciach dorabiała, pracując w kawiarence Teatru Syrena. Mogła tam spotykać sławnych aktorów, aktorki i inne ważne osobistości. Czasem ktoś prosił Annę o przyniesienie kawy lub herbaty do studia, w którym odbywały się próby. Najbardziej lubiła przysłuchiwać się próbom chóru teatralnego. Wtedy, przez chwilę mogła się poczuć jedną z chórzystek, chociaż śpiewała sobie tylko w myślach podczas, gdy inni śpiewali głośno. Z nutką zazdrości patrzyła na koleżanki, które dają solowe popisy swoich umiejętności przed dyrygentem.
Pewnego razu podczas przedstawienia, w którym śpiewał teatralny chór, jedna ze śpiewaczek straciła głos. W nocy dopadła ją grypa, ból gardła i chrypka odebrały jej głos.

- Joaśka, nie będziesz mogła dziś zaśpiewać…a zaraz musimy wystąpić – żalił się Marek, dyrygent.
- Przepraszam…to nie moja wina…straciłam głos…choroba nie wybiera przecież – usprawiedliwiała się chórzystka
- Przecież wiesz, że każdy śpiewak musi dbać o gardło wyjątkowo. Wasz głos jest narzędziem pracy. A Ty jesteś jeszcze jedną z naszych najlepszych wokalistek. I co teraz zrobimy? Przedstawienie okaże się klapą – mówił załamany Marek. Był profesjonalistą w swoim fachu. Przy nim nie mogło być mowy nawet o najmniejszym fałszu, a co dopiero utracie głosu.
- Ktoś będzie musiał Cię zastąpić – mówiła Justyna, koleżanka  do chorej chórzystki.
- Przecież Aśka jest niezastąpiona – oznajmił Marek
- Ja…ja mogę zaśpiewać – odezwał się cichy głos z końca sali.
- Ty??? Ale Ty nie znasz tekstu? Nigdy nawet nie śpiewałaś. Siedziałaś tylko tutaj ale nie słyszałem Twojego głosu ani razu – mówił dyrygent do Anny
- Ale znam wszystkie teksty na pamięć waszych piosenek. Śpiewam je sobie w domu i tutaj też, tylko w myślach. Nie chciałam przeszkadzać – ciągnęła dalej Anna
- Nie dasz rady…- wątpił Marek
- Dam radę! Obiecuję. Obiecuję dać z siebie wszystko! – błagała Anna o swoją jedyną szansę
- OK., niech Ci będzie. Zgoda! Ten utwór będzie Twój, Anno!!!

Jednak na tym radość Anny się skończyła. Pech chciał, że trema wzięła górę. Anna pomyliła się już w pierwszej zwrotce…to spowodowało lawinę kolejnych pomyłek. Zaczęła gubić się w słowach, traciła rytm..fałszowała.

- Stop!!! Anka, przestań śpiewać! – oburzył się Marek
- Ale…
- Żadnych „ale”
- Ale ja nie chciałam…wydawało mi się, że znam tą piosenkę. Bo znam, ale tutaj…tyle ludzi…trema mnie zjadła – żaliła się Anna – nigdy nie występowałam przy tylu ludziach. Pomyliłam się.
- Wyjdź stąd i nie pokazuj mi się na oczy!!! Przyniosłaś wstyd mojemu chórowi…tyle lat ciężkiej pracy – ciągnął Marek – To wszystko przez Ciebie Aśka – zwrócił się teraz do chorej koleżanki. Trzeba było nie chorować!!!

Od tego momentu Anna przestała śpiewać. Nic już jej nie cieszyło, straciła swoją szansę, pomyślała. „Inni zawsze będą lepsi ode mnie. Mają nie tylko talent, ale i odwagę. A ja przejmuje się każdym spojrzeniem drugiego człowieka. Nic, tylko zapomnieć o marzeniach”. Straciła chęć do śpiewania. Przestała słuchać muzyki, a każdy dźwięk stawał się dla niej koszmarem, wywoływał w niej bolesne wspomnienia. Obiecała sobie, że już nigdy w jej domu, obecnym i przyszłym, nie zabrzmi żadna muzyka.


 Kiedy Anna skończyła studia, zaczęła pracę w szpitalu. Była bardzo dobrym lekarzem, z powołania. Jakim się rzadko spotyka. Chciała pomagać innym, chciała oddać swoje serce innym ludziom. Swoje zranione serce. Czuła, że jej praca jest jej misją, że odgrywa jakąś znaczącą rolę w społeczeństwie. Pomaga innym, to najlepsza praca na świecie. Daje nie tylko pieniądze, ale też radość, że swoją pracą dawała szczęście i zdrowie, a przede wszystkim życie ludziom. Anna zawsze chciała być kimś ważnym dla innych, chciała czuć się potrzebna. Nie udało jej się na scenie, za to praca lekarza rekompensowała jej ból po utracie własnych marzeń. Chciała uśmierzać innym ból, a tym samym także swój.
Anna po pracy wracała do swojego domu, który wynajmowała na warszawskim Bemowie. Do pracy nie miała daleko, szpital bielański, w którym pracowała, znajduje się zaledwie kilka przystanków stąd. Mieszkała sama przez cały czas, i na studiach i po studiach. Lubiła się dużo uczyć, więc samotność jej nie przeszkadzała. Chciała być najlepszym lekarzem. Te studia nie były kwestią przypadku, ale świadomego dążenia do celu. Zwłaszcza, że od małego chorowała. Wówczas to zaczęła też zagłębiać wiedzę medyczną, budowę ludzkiego ciała. Czytała książki medyczne w pobliskiej bibliotece. A kiedy odwiedzał ją lekarz, gdy chorowała…zawsze żartował: „ niedługo to Ty zastąpisz mnie w pracy, będziesz uzdrawiać chorych pacjentów”.

Anna po kilku latach pracy stała się jednak coraz bardziej nerwowa. Ciągła praca, długogodzinne dyżury, nieuprzejmi pacjenci…to wszystko przyprawiało ją o ból głowy i stres. W dodatku nie miała żadnego oderwania od pracy, w domu samotność. Po prostu wyczerpanie zawodowe.
 Pewnego razu znaleziono ją nieprzytomną na szpitalnym korytarzu. Zasłabła bo nic nie jadła przez cały dzień. Musiała czuwać przy pięcioletniej dziewczynce. Została przywieziona ze złamanymi żebrami po wypadku samochodowym. Okazało się, że jej rodzice zginęli w wypadku. Ona jedna tylko przeżyła. Annie łzy stanęły w oczach. Żal jej się zrobiło tej malutkiej istotki. Czuwała przy niej dzień i noc. Nic nie jadła. Nie była w stanie patrzeć na małą i jak gdyby nigdy nic, jeść. Nie była w stanie nic przełknąć. W efekcie tego zemdlała.

Gdy się obudziła i doszła do siebie, dyrektor szpitala zaprosił ją do siebie do gabinetu
- Anno, widzę jak się starasz w pracy, ale to co robisz, jest już ponad Twoje siły – mówił dyrektor
- Nie mogłam jej zostawić samej, jest taka bezbronna. A do tego jeszcze sama. Ma teraz mnie. Będę się nią opiekować – mówiła Anna
- Ale nie możesz zaniedbywać siebie. Powinnaś  wziąć urlop i odpocząć. W tym czasie my zajmiemy się dziewczynką – odpowiedział.

Anna, zgodnie z prośbą dyrektora, wzięła 2 tygodnie wolnego. W tym czasie wyjechała do swojej rodzinnej wioski Słoneczne Wzgórze na Podlasiu. Jej rodzice się bardzo stęsknili za nią. Nie było jej przez tyle lat…”a teraz wyraźnie się postarzeli”, pomyślała Anna. W czasie pobytu na wsi dużo myślała o małej, którą zostawiła w szpitalu. Nawet nie wiedziała, jak się nazywa. Na miejscu wypadku nie znaleziono jej żadnych dokumentów potwierdzających jej tożsamość. Postanowiła się nią zaopiekować.

Anna po urlopie wróciła do szpitala, ale na krótko. Ponownie rozmawiała z dyrektorem i opowiedziała mu o swoich postanowieniach i swojej decyzji. Gdy dziewczynka doszła do siebie, była już cała i zdrowa, Anna postanowiła ją zabrać do siebie na wieś. Chciała zrezygnować z pracy. Wróci do siebie i tam da małej nowy dom. „Na wsi też jest co robić. To nam obu dobrze zrobi. Dziewczynka musi dorastać w spokojnej okolicy. Szczególnie po takich tragicznych wydarzeniach w jej życiu”, myślała Anna. 

Anna postanowiła nadać jej imię Kasia. Miała na oko 4-5 lat i była łudząco podobna do dziewczynki, która grała rolę filmowej Nel Rawilson w pierwszej wersji filmu „W pustyni i w puszczy”. Anna zrezygnowała z pracy i przeniosła się do rodzinnej wsi. I tam postanowiła się zająć wychowywaniem Kasi. Nie była jej rodzoną matką, ale chciała zrobić wszystko, by mała poczuła miłość do niej. Czuła coś w rodzaju instynktu macierzyńskiego. Chciała jej zastąpić matkę…a raczej być dla niej matką. Bycie mamą to piękna rola w życiu, kto wie, czy nie najważniejsza. W końcu daje życie drugiemu człowiekowi. Nie zawsze musi być to osobiście urodzone dziecko. Dawanie życia to też wychowanie, uczenie dziecka, jakim powinno być człowiekiem. To jest piękne i Anna chciała być kimś takim dla swojego dziecka. Była nareszcie szczęśliwa. 




Jak wyrwać się ze szponów depresji

Dzień Dobry :) Jak to dobrze wrócić do blogowania. Ledwo napisałam swój pierwszy post (po długim czasie nieobecności tutaj), a już dziś...