07 kwietnia 2017

Napisać czy nie napisać? Oto jest pytanie!

Drodzy! 

Od jakiegoś czasu, w sumie to od dawna, ale od jakiegoś czasu bardziej myślę o tym, żeby napisać książkę. Od bardzo dawna umiem i lubię pisać...po to też jest mój blog...choć może mało popularny, nie zarabiam na jego pisaniu, nikt poza znajomymi nie wie o jego istnieniu...a jednak potrzebuję pisać. Od dawna lubiłam pisać. Wielu ludzi pisze do szuflady..kryje po kątach domu swoje zapiski, pamiętniki, dzienniki, wiersze...A ja uwielbiałam pisać listy. Część z moich znajomych wie, ile one dla mnie znaczyły. Nawet do dziś słyszę (czytam od tych osób, że te listy są jakąś ważną pamiątką po mnie...i chociaż ciągle przymierzam się do wznowienia pisania listów..coś mnie powstrzymuje). Kiedyś lubiłam pisać listy bo lubiłam kierować moje myśli do kogoś...miałam świadomość tego, że ktoś przeczyta. Od zawsze bałam się z kolei mówić, były czasy, kiedy ten lęk był silniejszy od wszystkiego. A w listach mogłam wyrazić wszystko, co czułam. Przez długopis moje słowa łatwiej się przelewało myśli na papier. Lubiłam przy małej lampce w pokoju siedzieć i zamiast odrabiać lekcje uwielbiałam pisać. Z czasem przerzuciłam się na Internet. A to dlatego, że tutaj szybciej moje słowa mogą dotrzeć do adresata...nie trzeba iść na pocztę, kupować znaczka a potem czekać w nieskończoność na odpowiedź ;) w Internecie mogłam szybciej wymienić się swoimi myślami. Zawsze też lubiłam język polski, zwłaszcza gramatykę, uczyć się jak ładnie budować zdania...jak opisać ładnie dany przedmiot czy sytuację. Bardzo lubiłam czytać już od małego sama czytałam bajki i lektury szkolne. 




Jedną z moich dwóch ulubionych książek była Ania z Zielonego Wzgórza, a ulubioną bohaterką - tytułowa Ania - moja imienniczka. Bardzo szybko poczułam, że jesteśmy jak siostry..tylko, że ja nie jestem sierotą...ale wiele razy w życiu tak się czułam. Nie chce tutaj opisywać skomplikowanego życia mojej rodziny ale bardzo często czułam się tak jak Ania...niekochana..niechciana..pomijana. Również w szkole zawsze mi dokuczano, byłam dla innych pośmiewiskiem, byłam wyzywana, wyśmiewana...czułam się jak śmieć. Taka prawda. Może za bardzo rozpamiętuję dzieciństwo, ale nie należało ono do szczęśliwego. Jednak miałam nieliczne osoby, które chciały ze mną wymieniać korespondencje. I uwielbiałam pisać. W dawnych czasach to było jednym z dwóch źródeł mojego szczęścia. Kochałam też muzykę, szczególnie Bajmu i w programie Jaka to melodia? Uwielbiałam ciepły głos Beatki i Roberta. I jeszcze Ich Troje i Wilki. Dla mnie Ci Artyści są kimś więcej niż artystami. Pomagali mi  w czasach, kiedy było bardzo źle. Zawsze miałam też marzenie, żeby ich poznać w jakimś stopniu, mniejszym lub większym. Do dziś nie wiem i nie umiem tego wytłumaczyć, jak to się stało, że część tych marzeń się spełniło. Szczególnie na ostatnim moim odcinku Jaka to melodia?



Przez wiele lat czułam się beznadziejnie...nie miałam poczucia własnej wartości, miałam pełno kompleksów i czułam samotność. I tak jest do dzisiaj ...ale po woli z tym walczę. Od dawna też walczę o swoje marzenia. Postawiłam sobie za cel w życiu, żeby zawsze mieć jakieś cele i marzenia w życiu...żeby do czegoś dążyć. Bo jak się nie ma celu to jakby się nie istniało. Marzenia są piękne i każdy na nie zasługuje..czy gruby czy chudy, czy ładny czy brzydki. Każdy jest człowiekiem. Ma tylko jedno życie i dlaczego mamy sobie odmawiać prawa do marzeń. Im bardziej nierealne tym bardziej chcę je osiągnąć. Chciałam też pokazać wszystkim, którzy kiedyś we mnie nie wierzyli i dokuczali, że też jestem kimś. I mogę coś osiągnąć. Że nie skończę w pracy tylko na etapie sprzątaczki...co niektórzy mi mówili...aczkolwiek też sprzątałam i to jako wolontariuszka..ale Ptasi Azyl to jest wspaniałe miejsce, w którym pomaga się chorym ptakom i mogłabym tam sprzątać godzinami ;) no ale człowiek potrzebuje też pieniędzy...wiem, trochę chaotycznie pisze...no cóż taka jestem. 

Ja, wbrew pozorom bardzo dużo przeszłam w życiu. Może nie były to najgorsze sytuacje, bo zdarzają się ludzie, rodziny którzy mają jeszcze trudniej..ale i mi nie było lekko w życiu. Mam w ogóle poczucie, że pierwsza połowa życia była najtrudniejsza...potem w czasach studenckich i po studiach moje życie można by porównać do sinusoidy...raz na górce...raz pod górkę...raz na samym szczycie...raz upadałam mocno na samo dno. I to dosłownie. Jak jakiś sukces...marzenie się spełniło to zaraz ktoś bliski umierał..albo choroba....zła sytuacja finansowa rodziny i nie tylko...do tego wciąż jestem sama...walczę z kilogramami...z chorobą neurologiczną...z endokrynologiczną..z nałogiem jedzenia...z samą sobą również. 



Przez ostatnie lata też dużo osób "przewinęło" się przez moje życie....jedni zaczynali ze mną znajomość...drudzy kończyli i tak na przemian. Zaczęłam poznawać nowych ludzi dzięki koncertom Bajmu albo w programie "Jaka to melodia?" ale i te znajomości nie przetrwały...ale są wyjątki. Odkąd znam się z dwiema dziewczynami...Kasią i Moniś...mam poczucie, że cokolwiek by się nie stało...ONE ZAWSZE ZE MNĄ BĘDĄ. Mimo odległości, które nas dzielą. Dziewczyny wiedzą o mnie wszystko a może nawet więcej niż wszystko. Rok temu poznałam także nową przyjaciółkę Kingę, z którą może mamy trochę różnic..ale im dłużej się znamy tym bliższe się czujemy. Dziękuje, że ze mną jesteście. Nie umiem wybrać tej jednej jedynej przyjaciółki. Mam w sumie jeszcze kogoś, kogo uważam za Przyjaciela, ..bo to najlepszy człowiek, jakiego poznałam do tej pory w życiu. Rozumie mnie jak nikt inny i mocno mi kibicuje w moich przemianach w życiu. Dziękuję Robert!!! Jesteś Najlepszy!!! 



Wiem też, że niełatwo się ze mną zaprzyjaźnić...początkowo wydaję się Wam miłą i łagodną osobą..ale jestem zodiakalnym baranem...zawsze siedziało we mnie w środku dzikie zwierzę ;) może dlatego tak mnie ciągnie do zwierząt...i to tych najbardziej dzikich i groźnych ;) Jak jestem zła to nie umiem się powstrzymać...ale zaraz znów płaczę...potem się śmieję i płaczę z radości. Mam za dużo emocji w sobie...tyle sie tego nazbierało we mnie przez życie. W końcu to już 30 rok życia. Czy czas wydorośleć? Dojrzeć? Być dojrzałą? A może zostać sobą, taką jaką się czuję? Nie wiem jeszcze...mam tyle wątpliwości...myśli...pytań do samej siebie. 

Dlatego chciałabym napisać książkę...trochę o sobie..ale przede wszystkim dla tych, którzy przestali wierzyć w siebie, którzy mają marzenia, ale się boją. Którzy zadają sobie pytania: "czy kiedyś los się do mnie uśmiechnie?" W tym problem, że los nie wszystkim się uśmiecha. Tak naprawdę ja każde moje marzenie, dosłownie każde łączyło się z bólem, rozczarowaniem, upadkiem na różnych etapach...nawet utratą wiary w siebie. I zawsze, kiedy tą wiarę już traciłam...zawsze cudownym jakimś zrządzeniem losu pojawiali się na mojej drodze dobrzy ludzie. I albo dodawali mi tej wiary albo pomogli spełnić marzenie. Czasem się zastanawiam...jak Beata w piosence "Między brzegami"..."nagle mi skarb podsuwa los...(...) albo "czasem boję się, że stracę to wszystko". 



Wiele razy też to właśnie piosenki Bajmu/Ich Troje/Wilków i Roberta J dodawały mi sił, były jakby moimi modlitwami, ale nic nie pomagało. Dopiero, gdy już straciłam wiarę w coś...to wtedy zdarzał się cud. Nie mogę powiedzieć dokładnie o wszystkim..bo nie sposób wszystko wymieniać. Niektórzy mogliby poczuć zazdrość czy inne złe uczucie. To wszystko chciałabym opisać w książce. Może nie ze szczegółami, bo część prawdy chcę zachować dla siebie..wierzę, że coś się spełniło właśnie dla mnie. A może to była jakaś nagroda za ten wieczny trud, ból, łzy. Dlatego jestem bardzo emocjonalną osobą. Bo moje życie ciągle niesie emocje, najczęściej złe, ale zdarzają się nieliczne chwile szczęścia. 




Chciałabym zacząć opisywać moje życie, dając jednocześnie ludziom porady, żeby nigdy nie zwątpili w siebie ani w dobrych ludzi. Bo nawet jeśli zostawiają Cię "przyjaciele" w jakimś momencie życia i  ja takich miałam "przyjemność" poznać to jednak przyjdzie moment, kiedy znajdą się przy Tobie dobrzy ludzie. To oni są tymi aniołami, które zsyła Bóg. I kiedy przychodzą momenty, że przestaję wierzyć w Boga...bo już bardziej nie potrafię niczego zdziałać, to przychodzi moment, kiedy wiara wraca. Wiara w dobrych ludzi...a ich jest więcej..i mocno wierzę w to, że ten świat...nie zginie nigdy dzięki nim...nieeeeee

Chcę napisać książkę..każdego dnia jeszcze bardziej...chcę w ten sposób podziękować osobom, które ze mną były w życiu, które pozwoliły mi zapomnieć o samotności i dały sens życiu. Nie jesteśmy stworzeni do życia w samotności. Nawet jak ktoś jest singlem to i tak potrzebuje ludzi...jeszcze bardziej niż ludzie w związkach...chciałabym też coś zostawić po sobie...po swoim życiu...jedni zostawiają wiersze...inni piosenki..inni piękne filmy. Ja chcę zostawić książkę. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

RODZIAŁ 11

CZĘŚĆ II – KILKA MIESIĘCY PÓŹNIEJ Rozdział 11 Tomasz i Sandra skończyli właśnie próbę do nowego przedstawienia w Teatrze Sy...