21 marca 2017

Piękna i Bestia

Kochani! 

Wróciłam właśnie z kina, gdzie obejrzałam premierowy film Disneya "Piękna i Bestia"...pierwszy raz tak spontanicznie poszłam do kina, mając chwilę wolnego czasu, postanowiłam zapoznać się z historią Belli...i jej wielkiej miłości do Potwora (tak, tak...zapoznać się. Może to dziwnie zabrzmi, ale jakoś nawet w dzieciństwie akurat tej bajki ani nie czytałam ani nie oglądałam...choć jak każda księżniczkowata bajka, mają podobną fabułę). Co ciekawe...to już kolejna opowieść, w której piękna dziewczyna o imieniu Bella, która zakochuje się (choć ta akurat nie od razu) w potwornej istocie (mam na myśli bohaterów sagi "Zmierzch) ;)




Wracając do właściwego filmu. Generalnie historia jest bardzo przewidująca, nawet jak ktoś wcześniej nie miał bliższego spotkania z tą bajką to mniej więcej jest przygotowany na następujące po sobie wydarzenia. Niemniej jednak tu wybrankiem serca nie jest przystojny książę lecz Bestia (która to postać przybiera jednak ludzką postać). 

W tym filmie możemy jednak znaleźć też cząstkę pewnej mądrości...dla nas samych. Próbowałam, od pewnego momentu, patrzeć na oglądaną historię, nie z perspektywy Belli, ale właśnie Bestii, która tak właściwie Bestią nie była. Przystojny książę i inne osoby z jego otoczenia zostali zaklęci w przedmioty lub własnie Bestię. Pomijając na chwilę samo zaklęcie, warto się zastanowić, podczas oglądania filmu na pojęciem słowa "piękno", czy też "brzydota". Co właściwie oznacza bycie pięknym? Czy tylko powierzchowność się liczy? A może pod "brzydką szatą" kryje się piękny człowiek o wrażliwym wnętrzu? Może jest zdolny do miłości większej i bardziej szczerej niż niektórzy "piękni"? Samo wyobrażanie sobie istoty pięknej (pięknej zewnętrznie) chyba wywodzi się z disneyowskich bajek, przedstawiających księżniczki jako idealnie szczupłe, piękne...choć czasem nie od razu (jak np Kopciuszek). Ale chodzi mi o to, że gdy przeciętny człowiek na słowa drugiej osoby np. "widziałem na ulicy piękną kobietę"...ma od razu wyobrażenie szczupłej, długonogiej blondynki w sukience, szpilkach itd. A czy puszysta osoba nie może być piękna? Albo będąca na wózku? A może ktoś nie ma rąk, nóg, ma piegi, grube okulary i aparat na zęby, jak np Ula Cieplak z serialu "Brzydula"? Czy piegi, okulary i aparat są atrybutem brzydoty? Od kiedy? Piegów się nie da od tak pozbyć, okulary są potrzebne krótkowidzom lub dalekowidzom do patrzenia a aparat, żeby mieć ładny uśmiech po jego zdjęciu. 




Ja przez wiele lat zmagałam się z brakiem akceptacji samej siebie pod względem wyglądu. Owszem, nie czuję się może ideałem piękna ale od pewnego czasu zaczęłam inaczej myśleć o sobie. Początkowo, widząc siebie na ekranie "Jaka to melodia?", czułam się ze sobą okropnie. Myślałam "Boże Święty, to naprawdę ja"?, jak to się stało, że znalazłam sie w Telewizji? Czemu pokazują mnie obok pięknej Anetki, Madzi i Agaty? Przecież w telewizji trzeba być wybitnie pięknym, a ja się taka nie czułam. Ale z czasem to się zmieniło. Dostaję wiele miłych komplementów na swój temat, zwykle po każdym z odcinków ale pomiędzy nimi też. Mam poczucie, że właśnie nagrania programu (już wiele razy mówiłam o tym, że dla mnie JTM to coś więcej niż ulubiony teleturniej) są dla mnie takim magicznym czasem, kiedy na chwilę mogę przemienić się z "kopciuszka" w "księżniczkę" ;) 




Ale potem...gdy przychodzą zwykłe dni...znów wracam do "dawnej siebie". Kiedy spoglądam w lustro, widzę wciąż tą samą "brzydką" osobę, w której brakuje uśmiechu. I choć może znajomi uważają mnie za pogodną i wesołą, to w głębi duszy czuję ciągły smutek, brak natchnienia, brak poczucia piękna samej siebie. Zwykle skupiam się na dążeniu do swoich marzeń...bo uważam, że każdy, czy piękny czy brzydki zasługuje na to, by spełniały się jego marzenia. Od zawsze moją ukochaną piosenką, która idealnie oddaje to, co czuję w środku jest piosenka "Brzydcy" Grażyny Łobaszewskiej. Chciałabym kiedyś przeżyć taką miłość, jak w tej piosence. 



Jednak od pewnego czasu coś się zmieniło. Odkąd zaczęłam chodzić na siłownię, dużo się zmieniło u mnie w tej kwestii. Już nie czuję się piękna tylko od czasu do czasu, jak np podczas nagrań JTM. Czuję się piękna cały czas. Choć początkowo też nie, ale im więcej ćwiczę, im więcej wyciskam z siebie potów, łez i bólu na siłowni, tym piękniejsza się czuję i w środku i na zewnątrz. Może nie widać na zewnątrz jeszcze większych efektów moich ćwiczeń, ALE CZUJĘ GIGANTYCZNĄ RÓŻNICĘ W MOIM WNĘTRZU I W MOIM SERCU. Uwielbiam patrzeć się w lustro w szatni, nawet robić sobie zdjęcia, choć nie pokazuję ich nikomu. Bo lubię się podobać sobie...nie innym ;) To chyba było mi bardziej potrzebne niż zrzucenie kilogramów. Oczywiście do tego też dążę i nie zamierzam zwątpić w siebie. Tak naprawdę kluczem do sukcesu nie jest wygląd zewnętrzny. Kluczem jest to, żeby podobać się samemu sobie, żeby nam było ze sobą dobrze, żebyśmy pod skórą i na skórze czuli się dobrze z samym sobą. Żeby nasze wnętrze i zewnętrze tworzyło jedną całość, wtedy jeszcze bardziej będziemy mogli walczyć o swoje kolejne marzenia. 



Mam nadzieję, że nie za chaotycznie napisałam i wszystkie moje słowa zostaną właściwie zrozumiane. Postanowiłam teraz w moich postach pobawić się trochę w psychologa. Nie jestem nim zawodowo, nie czuję sie jakimś wielkim ekspertem w tej dziecinie, ale przeżyłam wiele na własnej skórze i w swoim sercu. Chciałabym się moimi doświadczeniami podzielić z innymi. Może choć jednej osobie przydadzą się moje słowa. Bo to nie psycholog najbardziej nas zrozumie ( z całym szacunkiem dla wszystkich moich znajomych psychologów ;)) ale chodzi mi o to, że najbardziej krzepiące jest dla nas to, kiedy od drugiego człowieka (nie ważne, czy to przyjaciela, kogoś z rodziny czy też zupełnie kogoś obcego) usłyszymy słowa "rozumiem Cię", "też przez to przeszedłem", albo "a widzisz...wszystko jest możliwe". Te i inne słowa są bardzo potrzebne nam w życiu. Życzę wszystkim aby jak najczęściej słyszeli pozytywne słowa i żebyście nigdy w siebie nie zwątpili!!! 



19 marca 2017

Być kobietą...być kobietą...

Witajcie! 

Pozwólcie, że w dzisiejszym poście przedstawię Wam 4 kobiety, które są dla mnie wielką inspiracją w życiu (z osób poza moją rodziną). Od wielu lat je obserwuję, słucham, próbuję zrozumieć ich cel w życiu i to, jak ważne są dla nich marzenia. Dlaczego właśnie chcę przestawić 4 sylwetki 4 kobiet? Bo zwykle kobiety bywają nazywane słabą płcią...choć zupełnie niesłusznie. Oczywiście każda z nas jest inna i piękna na swój sposób, ale kobiety są wbrew pozorom bardzo silnymi istotami. "Kobiety muszą znosić wiele rodzajów bólu.." głosi jedna z reklam...i to też o czymś świadczy. W reklamie leków przeciwbólowych nawet jest mowa o tym, że są pewne rodzaje bólu, z którymi kobieta musi się zmierzyć i nie ma na to nawet lekarstwa. Nigdy nie byłam w ciąży i pewnie nie będę, ale podobno to najsilniejszy rodzaj bólu, jaki człowiek może doznać? I tylko kobiety go muszą znosić...ale w tym bólu rodzi się nowe życie. I to jest piękne. Kobieta musi wznieść się na wyżyny swoich możliwości, żeby ten ból przezwyciężyć i urodzić dziecko....szkoda, że nigdy nie będzie mi dane go przeżyć...


Kobieta tak naprawdę musi poradzić sobie z większą ilością przeciwności niż mężczyźni. Przez wiele lat kobietom przypisywano "tylko" rolę matki i gospodyni domu. Ma się zajmować domem, dziećmi, gotowaniem, sprzątaniem. O karierze zawodowej nie było nawet mowy. O tym m.in. opowiada film "Maria Skłodowska-Curie". Ona przez swoje wszystkie lata zmagała się z "byciem kobietą" wśród naukowego świata zdominowanego przez mężczyzn. Noblistka musiała stoczyć niezwykle trudną walkę z ówczesną rzeczywistością, w której pomimo swoich wielkich osiągnięć naukowych, była jakby uważana za kogoś gorszego, tylko dlatego że jest kobietą. 




Wracając do czasów obecnych, a jednocześnie wspominając ówczesne...kobiety ciągle muszą się z czymś zmagać...z czymś lub z kimś walczyć..o swoje prawa, o godną pracę, o samą siebie! A jak któraś jest singielką (czy to z wyboru czy nie) z ciągłymi pytaniami "Czy nie szukasz męża?", "Kiedy dziecko?", "Kiedy ślub?"...ratunku! Wiem, że jestem sama...nie trzeba mi o tym przypominać na każdym kroku. Myślicie, że to mnie nie smuci? Kiedy wszyscy dookoła mają już kogoś, rodziny, dzieci i są szczęśliwi...ja nie mam. Czy tak wybrałam? Nie wiem...życie za mnie wybrało. Ale ciągłe pytania o to powodują we mnie jeszcze większy ból...smutek...samotność. Co mam zrobić? Nie powieszę się za to, że jestem singielką. Też chcę normalnie żyć.




Może dlatego chcę wybrać życie (i pracę) przewodnika/podróżnika. Dzięki temu, że będę w podróży to zapomnę o samotności. Nawet nie, więcej! Będę szczęśliwa. Jestem teraz na takim etapie życia, w którym po woli, odważam się spełniać/ realizować takie życie, o którym marzyłam od zawsze. Tylko bałam się, czy z podróżowania da się żyć? Czy nie lepiej mieć stabilną pracę, w jednym miejscu, ciepłym, za biureczkiem? Nie...to mnie ogranicza. Nie satysfakcjonuje. Lubię czuć nutkę niepewności, przygody...lubię rozmawiać z ludźmi, w czasie podróży można poznać bardzo różnych ludzi....każdy człowiek wnosi coś wartościowego do naszego życia. Lubię się przemieszczać...już nawet jak pojadę na drugi kraniec mojego miasta to czuję się szczęśliwa. Pisząc te słowa tutaj nie mam na celu przekonywać nikogo do tego, żeby jak ktoś jest bez pary to musi przestać szukać drugiej połówki czy też poświęcić się swoim pasjom, ale ja tak wybrałam...teraz jest ten moment, ("to właśnie teraz jest ten czas...właśnie czas zakwitnąć") kiedy przekroczę próg 30-stki, teraz właśnie zaczyna się prawdziwe życie. Chciałam tym postem przekonać samą siebie, że to jest to, czego chcę. Życie takie, jakie ja chcę przeżyć.  Małymi kroczkami dojdę do celu!!! :)



Zapraszam wszystkich na kolejny post, w którym opowiem o 4 kobietach (miałam to zrobić w tym poście, ale moje myśli podczas pisania powędrowały trochę w innym kierunku) które są dla mnie wielką inspiracją w życiu. Może i Wy znajdziecie w nich, coś co Was zainspiruje do wiary w siebie. Te, które chcę opisać to oczywiście nie te, których zdjęcia zdobią ten post ;) Choć również je podziwiam ;)

17 marca 2017

Zmiany..zmiany...zmiany

Kochani, 



I znów dawno mnie tu nie było...pomimo prób wznowienia pisania bloga, coś nie mogłam znaleźć w sobie weny do pisania...może to też brak czasu...ciągła gonitwa między pracą, domem, siłownią, wykładami, spacerami po Warszawie, często w mrozie i śniegu, w domu chciało mi się po prostu odpocząć wieczorem, pogadać ze znajomymi niż tu się uzewnętrzniać. Zaczęłam żyć bardzo aktywnie, tzn nigdy nie byłam domatorką, ale były czasy, kiedy z powodu depresji nie miałam siły nawet się ubrać i wyjść a nawet jak wychodziłam z domu to szłam do parku lub nad Wisłę, żeby się wypłakać...okropnie trudne czasy. Na szczęście już za mną. 

Teraz, od pewnego czasu weszłam w nowy etap życia, właściwie chcę teraz bardzo wiele zmienić w swoim życiu. Nigdy nie byłam też osobą, która boi się zmian w życiu, ani dążyć do ważnych celów i marzeń. Kilka z nich się już spełniło i do dziś nie wierzę, że to prawda. Jednak w środku, w mojej duszy ciągle byłam tą samą osobą. Próbowałam być silna...nie wyszło..próbowałam zaakceptować swoje ciało...nie wyszło...próbowałam nie zwracać uwagi na opinie innych i złośliwe uwagi (może czasem zbyt wrażliwie odbierane)...nie wyszło. No cóż? Taka byłam i jestem jeszcze nadal. Jednak każdy jest tylko sobą, należy uszanować to. Jedni są łysi, inni okularnicy, jeszcze inni nie widzą, albo są grubi/puszyści albo za chudzi? Czy to jest powód, by ich hejtować? Klasyfikować do kategorii "gorsi", "inni niż my". Do tego dochodzi czasem straszna samotność...gdzie obcując wśród wielu ludzi można poczuć się najbardziej samotnym, niezrozumianym...niechcianym? A mało kto pomyśli o tym, co takie "osoby gorsze" czują w środku? A może walczą każdą swoją komórką ze swoim nałogiem i przy tym są zupełnie sami? 



Tyle koszmarnych myśli nazbierało się we mnie w ciągu ostatnich miesięcy, kiedy to próbuję podsumowywać moje dotychczasowe życie...bowiem zbliżają się moje 30 urodziny. 1 kwietnia 2017 to data, która wywoływała u mnie lęk od ponad 2 lat. Jak to, ja i 30 lat? Przecież wyglądam tak młodo? Czy skończyły się najpiękniejsze czasy? Jakie było moje życie? Bałam się tego wieku, wejścia w nową dekadę życia. 

Ale pomyślałam sobie, a było to na początku jesieni 2016...czy zamiast bać się moich 30 urodzin, nie lepiej stawić im czoła? Może wreszcie zrobić coś dla siebie, "zacząć tak, jak chce się żyć"- jak śpiewał Robert Gawliński w swojej piosence. Zacząć być dojrzałą kobietą, w pełni świadomą swojego życia i potrzeb, zarówno zawodowych jak i prywatnych. Być wreszcie sobą...prawdziwą sobą. Kimś, kto zawsze siedział w środku mnie, a nie miałam odwagi tego pokazać. Mój lęk przed uzewnętrznieniem się był bardzo silny...trochę pomógł mi program "Jaka to melodia?", dzięki występom w nim poczułam się lepiej i pewniej sama ze sobą..ale i tak to nie wystarczyło. 



Dziś już wiem, jaka chcę być przez najbliższe lata i resztę życia. Nie chcę zamartwiać się tym, co było. Rozpamiętywać przykre zdarzenia z przeszłości. To i tak nic nie zmieni. A zacząć żyć życiem teraźniejszym, nie przeszłym. Przestałam się też użalać nad tym, że jestem samotna...wróć. Jestem singielką! I dobrze mi z tym. Może nie wszystkim jest przeznaczone życie w parach. Widocznie u mnie tak jest. Od zawsze marzyłam, by podróżować...nie tylko po Polsce, ale też po Europie i innych kontynentach. Mam duszę odkrywcy i obserwatora....mam chęć poznawania ludzi, świata, zwierząt. Kocham otwarte przestrzenie, kocham pięknie widoki, krajobrazy. Kocham robić zdjęcia. Nie znoszę być zamknięta...w domu..w biurze...w ciasnych pomieszczeniach. Potrzebuję wolności...jak ptaki. Ale nie w klatkach...chcę być ptakiem, który z tej klatki wyfrunął...jak w piosence "Szczęśliwej Drogi Już Czas". Zakochałam się w tej piosence jeszcze w podstawówce, kiedy śpiewałam ją razem z moim chórem szkolnym na zakończenie nauki w szkole podstawowej. Od zawsze marzyłam, żeby zamienić słowa tej piosenki w czyn. A jaka będę gdy dojdę do celu...? Tego jeszcze nie wiem...ale mam nadzieję, że wkrótce coś z tego wyjdzie ;)


Jak wyrwać się ze szponów depresji

Dzień Dobry :) Jak to dobrze wrócić do blogowania. Ledwo napisałam swój pierwszy post (po długim czasie nieobecności tutaj), a już dziś...