18 listopada 2014

"Pies - najlepszym przyjacielem człowieka" - cz. 2

WITAM,

OTO CZĘŚĆ 2 MOJEGO OPOWIADANIA



Z czasem Henryk przeniósł się pod Kościół. Tam było mu lepiej niż na dworcu. Znalazł towarzysza, księdza Andrzeja, który codziennie wrzucał mu do kapelusza pieniądze. Z czasem coraz więcej rozmawiali, Henryk mógł siedzieć sobie na ławce w Kościele i spać na niej w nocy. Henryk codziennie rano budził się o 6 godzinie, wraz z porannymi dzwonami kościelnymi i wychodził na schody. Tam zbierał oszczędności. Postanowił zebrać pieniądze na namiot, w którym będzie mógł mieszkać i wyprowadzi się z zimnych murów kościoła. Chciał mieszkać "na swoim"...mówił do siebie " mogę zbierać i rok, a nawet dwa, ale uzbieram. Chociażby na najmniejszy namiocik". W końcu po wielu miesiącach Henryk zebrał odpowiednią sumę i poprosił księdza o przysługę. Sam nie chciał kupować namiotu, bał się bowiem reakcji ludzi, którzy go unikali jak ognia. Sam też zaczął unikać ludzi. Tylko ksiądz Andrzej mu pozostał. Nie miał wyboru. Tylko on mógł mu pomóc. Kiedy ksiądz wrócił z zakupionym namiotem do swojego Kościoła, Henryk nie posiadał się z radości. Już nawet prawie zapomniał co to jest radość. Od bardzo dawna nie miał w sercu tego uczucia. Ucieszył się,że teraz wreszcie będzie mógł "godnie żyć". Choć nadal był bezdomnym. W Kościele czuł się obco, zimne, ciemne mury nie dawały mu radości. Pragnął wolności i swobody. Zdecydował zamieszkać na skraju lasu. Poczuł,że jeśli będzie bliżej natury, to będzie mu znacznie lepiej. Lecz tą noc spędził jeszcze w Kościele, choć już spał pod namiotem, w którym było mu cieplej.

Nazajutrz Henryk pożegnał się z księdzem Andrzejem i poszedł z namiotem w kierunku lasu. Ten zapewnił go,że zawsze może przychodzić do Kościoła i do niego, jeśli tylko będzie tego potrzebował. Ksiądz próbował go namówić, żeby został, jednak Henryk już postanowił. Chciał poczuć się wolnym człowiekiem.
Dotarł w końcu do lasu. Na samym jego krańcu, tuż przy polanie, oddzielającej las od Psiego Strumyka rozstawił swój namiot. Potem zostawił w nim swoje torby i przeszedł się po okolicy. Tego dnia był bardzo szczęśliwy. Pierwszy raz od czasu, kiedy dowiedział się o wyprowadzce swojej żony i syna. Ale radość ta trwała tylko jeden dzień. Potem Henryk zaczął zastanawiać się skąd weźmie jedzenie. W pobliżu nie było śmietników, tak jak pod Kościołem czy w podziemiach dworca. Ale zaraz poszedł po rozum do głowy i pomyślał...."zaraz...przecież jestem w lesie...tu jest pełno jedzenia...naturalnego...owoce...grzyby ". Tak więc od razu poszedł w las. Jego oczom ukazał się przepiękny, dorodny krzak malin. Zerwał wszystkie szybkim ruchem i zjadł wszystkie na raz. Taki był głodny. Jeszcze dalej zobaczył grzyby. Odciął je nożykiem, który zawsze nosił przy sobie i wziął do torby. I tak nazbierał całą torbę grzybów. Gdy wrócił pod swój namiot to rozpalił ognisko i upiekł sobie grzybki. Bardzo mu smakowały. Dawno już nie był tak najedzony.

I tak, z czasem, Henryk nauczył się żyć "na dziko". Tak, jak robili to dawniej nasi przodkowie, którzy żyli przecież w lasach. Ale nadal czuł się samotny. Czasem wracał do Kościoła, rozmawiał tam z księdzem Andrzejem a potem wracał pod swój namiot. Pewnego razu, nieopodal namiotu Henryka, zabłąkał się pies. Był to duży owczarek niemiecki. Chodził sobie wzdłuż ścieżki i wąchał coś na niej. Wtedy Henryk zachęcił psa do przyjścia do niego. Rzucił mu kawałek kiełbasy wygrzebanej ze śmietnika pod Kościołem, a ten zaraz podbiegł do Henryka. Pies nie był agresywny, wręcz przeciwnie, bardzo spokojny, cieszył się, merdając wesoło ogonem, bo wreszcie też miał co zjeść. Gdy pies skończył jeść to dał się pogłaskać i przytulić. A pies był jedynym "kimś", kto mógł mu tego ciepła użyczyć. W końcu nie wypadało mu przytulać się z księdzem. Henryk doszedł do wniosku, że pies też jest bezpański, czyli tak jak on nie miał domu. Błąka się po całym miasteczku. Wtedy przypomniał sobie, że zna tego psa. Kiedyś mieszkał razem z właścicielami w sąsiednim bloku. Często jego pani wyprowadzała go na spacery i przychodziła z nim do sklepu, w którym pracował Henryk, a psa zostawiała zwykle pod sklepem. Jednak z czasem rodzina ta wyprowadziła się do Krakowa, o czym zawsze marzyli, ale psa nie wzięli ze sobą i zostawili go w lesie, w którym od niedawna zamieszkał też Henryk. Ten postanowił nazwać go Reksem i że pozwoli mu zostać w jego namiocie. Będzie im razem raźniej. Dwoje bezdomnych ludzi...bo pies też człowiek i dom potrzebuje mieć. Od tej pory Reks i Henryk stali się przyjaciółmi. Henryk chodził z nim na spacery, bawił się z nim, chodzili razem do lasu, wygrzebywali jedzenie ze śmietnika, "łowili ryby" nad Psim Strumykiem. Jakiś czas temu znalazł w wodzie wędkę i postanowił ją wykorzystać do "polowania na obiad".  Łowił nią ryby a potem piekł na ognisku i jadł razem z Reksem. Jednak z czasem dni stawały się coraz chłodniejsze, zwłaszcza noce było im trudno przetrwać. Nawet ciepło palącego się ogniska nic nie pomagało. Nie dawało mu ciepła w długie zimowe wieczory. Ale musiał wytrzymać. Z czasem postanowił,że na czas zimy przeniesie swój namiot znów na przejście podziemne dworca. Tam było im cieplej zimą. Heniek siedział na ziemi a Reks leżał obok niego. Ludzie przechodzili obok nich obojętnie. Nikt nawet nie chciał mu wrzucić pieniędzy do kapelusza. Ale za to nie było im już tak zimno, jak w lesie. Mieli też pod dostatkiem ciepłego jedzenia z pobliskich śmietników.

Żyli tak sobie ze sobą Henryk i Reks, człowiek i pies. Pod jednym dachem, Raz był to dla nich dach dworca, raz "dach" namiotu, a innym razem niebo. Szczególnie lubili ciepłe letnie noce, bezchmurne. Mogli wtedy razem siedzieć nad Psim Strumykiem i przytuleni mogli wpatrywać się w gwiazdy. Żyli ze sobą już tak wiele lat. Po pewnym czasie, dzięki psu, Henryk przestał odczuwać samotność. Reks dawał mu więcej szczęścia niż jakikolwiek inny człowiek. Miał zawsze Reksa pod ręką a pies zawsze był mu wierny. Nie oceniał swojego przyjaciela (nie pana, ponieważ byli jak równy z równym). po wyglądzie ani po statusie społecznym czy materialnym. Sam też doznał podobnego cierpienia.

Nad Psi Strumyk często przychodzili ludzie ze swoimi pupilami i wyprowadzali je na spacer, bawili się z nimi, ostrożnie, byle nie zbliżyli się do namiotu Henryka. Ludzie bali się tego człowieka, myśleli,że jest dzikusem, że nie dość,że jest bez domu, to jeszcze stracił resztki rozumu i godności. Ale pewnego dnia nad rzeką biegał czarny labrador. Nie było to jednak zwykłe bieganie, on wyraźnie był czymś bardzo zaniepokojony. Jakby wzywał pomocy. Szczekał bardzo głośno, chyba próbował coś komuś powiedzieć, przekazać, swoim psim językiem. Reks szybko zareagował na jego alarm i też zaczął szczekać. Reks szybko się obudził a tym samym obudził Henryka. Ten zerwał się na równe nogi i zapytał psa, o co chodzi. Zobaczył,że Reks szarpie go za nogi. Czemu się tak zachowuje - zastanawiał się Henryk. Ten spojrzał na drugiego psa - labradora i zaczęli biec ku niemu. Labrador szczekał na całego. W końcu Henryk zobaczył,że ktoś woła pomocy. Jakiś człowiek topi się w rzece. To jest kobieta. Była w średnim wieku i miała na sobie ciemne okulary. Henryk bez wahania rzucił się jej z pomocą. Co za szczęście, że umiał pływać. Nauczył się tego, mieszkając kilkanaście lat nad Psim Strumykiem. Udało się w końcu mu złapać kobietę. Chwycił ją za rękę. Cała drżała i była zimna. Całe szczęście żyła. Nie miała jednak sił płynąć dalej. Wtedy do wody wskoczył Reks, chwytając Henryka za nogę i ciągnął go z całej siły, a Henryk ciągnął kobietę. I tak ciągnęli się wzajemnie, jak bohaterowie wiersza o rzepce.

Kiedy już byli na brzegu, wtedy Henryk zauważył,że kobieta jest niewidoma. To dlatego miała ciemne okulary. Miała na imię Maria. Tak jak jego była żona. Co za zbieg okoliczności ? Kobieta powiedziała mu, w jaki sposób znalazła się w wodzie. Wyszła z Różą na spacer. Róża to imię labradorki która była jej psem przewodnikiem. Róża musiała zobaczyć coś w wodzie i jak to pies, pobiegła za tym do wody razem z Marią. A Maria nie widziała przecież dokąd jest ciągnięta. I wpadła. Nie mogła się wydostać. Wtedy Róża zaczęła wołać pomocy - tak mówiła Maria od Henryka. W tym czasie psy zaczęły się bawić. "Dobrze,że chociaż one się z tego cieszą " - powiedziała Maria wesołym głosem. Widać było od razu,że to pogodna i wesoła kobieta.

Kiedy Henryk zaproponował jej, że odprowadzi ją do domu, nie przypuszczał,że Maria zaprowadzi go do...własnego domu. Nie wierzył własnym oczom. Maria zaprowadziła go przed jego własny blok, w którym kiedyś mieszkał. I choć Maria nie posługiwała się wzrokiem, to miała zaskakująco dobry zmysł orientacji.
- Nie wiedziałem,że tu mieszkasz - powiedział Henryk do kobiety. Nie przypominał sobie,żeby mieszkała tu kiedyś jakaś kobieta niewidoma z psem.
- Zamieszkałyśmy tu przed kilkoma laty razem z moją mamą i Różą - odrzekła Maria - Mieszkanie było puste, niezamieszkałe od kilkunastu lat, jak się dowiedziałam. Mamie bardzo się spodobała ta okolica. Poczuła,że tutaj będzie nam dobrze i spokojnie.
Henryk nic nie odpowiedział. Nie wiedział, co ma myśleć. Wchodząc po schodach, czuł się przygnębiony. Nagle wróciły mu dawne wspomnienia i to,że musiał opuścić ten dom. A teraz to mieszkanie było zajmowane przez inną rodzinę. Nie to,że miał to za złe Marii i jej matce. Po prostu poczuł ukłucie w sercu. Jakby ktoś zabrał mu cząstkę tego, na co wcześniej zapracował razem z żoną, by kupić to mieszkanie.
- To ja już chyba sobie pójdę - powiedział Henryk
- Nie, dlaczego ? - zapytała Maria - przecież nie chcesz spędzać nocy w tym paskudnym zimnym namiocie ?
- Przyzwyczaiłem się już do niego. Reks z resztą też, prawda Reksiu ?
Wtenczas zza drzwi wychyliła się jakaś kobieta. Henryk domyślił się,że to jest mama Marii. Zapytała uprzejmie:
- Wchodzi pan czy nie ? Zapraszamy! My tu dawno nie mieliśmy gości - powiedziała pani Hanna - matka Marii.

Po tych słowach Henryk dał się namówić na odwiedziny. Wchodząc do pokoju zaczął płakać. Zupełnie jak tamtego dnia, gdy musiał opuścić ten dom. Rozglądał się dookoła i znów poczuł ciepło tego domu. Maria i pani Hanna zdziwiły się reakcją Henryka. Reks zaczął bawić się z Marią. Wtedy jej matka zaproponowała herbatkę i ciasteczka. Weszli do kuchni i Henryk znów poczuł to samo ukłucie w sercu. Jak dawno nie był w tej kuchni, pomyślał. Kiedyś siedział tu z rodziną i spędzał święta i inne uroczystości. A dziś...dziś jest tu obcy...z obcymi ludźmi, którzy jednak go zaprosili do siebie. A do siebie, czyli na prawdę do siebie, czyli do jego dawnego domu. Czy to nie najdziwniejszy zbieg okoliczności ?
Ten wieczór i noc wszyscy troje spędzili w kuchni. A raczej pięcioro, bo jeszcze Reks i Róża, którzy byli dla nich jak rodzina. Henryk opowiedział im o tym,że kiedyś tu mieszkał i o tym,że musiał opuścić ten dom. Opowiedział też o przeprowadzce do Kościoła i pod namiot. Kobiety zalały się łzami. Nie wiedziały, co powiedzieć, a Róża położyła łapę na kolanie Henryka. Potem pani Hanna opowiadała mu o tym, jak się tu znalazły, o tym,że jej córka nie widzi od urodzenia. Nie zawsze było im łatwo, ale dawały sobie radę, a także o Róży, która stała się psem przewodnikiem Marii i jak uczyła się do tego "zawodu".
Wtedy kobiety powiedziały Henrykowi,że może zostać z nimi, w tym domu. Był to przecież jego własny dom. Na początku odmówił. Nie chciał im sprawiać kłopotu. Był to już ich dom. On był już tylko gościem. Jednak z czasem dał się namówić.

Tej nocy nie spał już w namiocie, lecz we własnym łóżku, w swoim pokoju, z którego Maria przeniosła swoje rzeczy i poszła do pokoju matki. Pierwszy raz od dawna po nocy czuł się wypoczęty. Nie miał bólu pleców i wreszcie nie był głodny po przebudzeniu. Choć jednak był trochę głodny. Zaburczało mu w brzuchu. Minionego dnia bardzo mało zjadł. Emocje odebrały mu apetyt. Dlatego postanowił zrobić dla wszystkich śniadanie. Gdy kobiety obudziły się, poczuły przyjemny zapach jajecznicy dolatujący z kuchni. Był to zapach, za którym Henryk tęsknił od lat. Podczas śniadania mógł wreszcie poczuć się, jak to jest zjeść śniadanie wspólnie z rodziną.

Potem tego dnia Henryk poszedł po raz ostatni pod swój namiot do lasu, ale tylko po to, by spakować swoje rzeczy, zwinąć namiot i wrócić do swojego prawdziwego domu. Na stałe. Tak! Właśnie do swojego domu. Do ludzi, którzy go pokochali. Wszyscy bardzo się z tego ucieszyli. 

Henryk  zaczął chodzić z Marią na spacery i z ich psami, chodzili po całym miasteczku. Cieszyli się sobą wzajemnie. Matka Marii pracowała na targu. Sprzedawała owoce i warzywa, dzięki temu zawsze mieli co zjeść na śniadanie, obiad i kolację. I tak minęło wiele miesięcy. Henryk i Maria byli w sobie zakochani.Nie rozstawali się na krok ze sobą. Maria nauczyła go, jak się czyta językiem Braille'a, a Henryk nauczył ją różnych fajnych zabaw z psem. 

Po jakimś czasie postanowili założyć mały hotel dla psów, w swoim miasteczku, o nazwie "Psi Anioł". Było to miejsce, w którym ludzie mający psy, mogli zostawiać je, gdy nie chcieli już ich trzymać w domu. Zawsze to lepsze niż porzucanie psów w lesie, gdzie są narażone na niebezpieczeństwo. A największym niebezpieczeństwem  dla psów są bezmyślni ludzie. Jednak są też dobrzy ludzie, którzy pomimo swej niedoli życia, kochają psy jak własne dzieci, a te zwierzaki kochają ich z wzajemnością. Tak, jak Reks, który nie zostawił Henryka samego, podczas gdy inni ludzie się od niego odwrócili. I tak, jak Róża, która pomaga swej niewidomej przyjaciółce i przywraca jej życie do normalności i daje radość. Dzięki tym dwóm psom, ich właściciele mogli się poznać, dostali lepsze życie i nie grozi im już samotność. 

2 komentarze:

  1. I znów się wzruszyłam. Rzeczywiście tak jest że do dobrych ludzi dobro wraca. Ksiądz Andrzej jest Aniołem, Pan Bóg zesłał go i innych dobrych ludzi żeby pomogli Henrykowi.... Aniu Kochana.... Ja ryczę jak Cię czytam. Jesteś niezwykła....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci za to wzruszenie. Bo tak jest. Dobro wraca do dobrych ludzi, nawet jeśli nie zawsze im się w życiu wiedzie. Będę pisać kolejne moje opowiadania :)

      Usuń

Christiane F - Życie mimo wszystko

Cześć!  W dzisiejszym poście przychodzę do Was z recenzją książki, którą przeczytałam ostatnio. Była nią "Życie mimo wszystko"...