17 listopada 2014

Moje opowiadanie - "Pies najlepszym przyjacielem człowieka" cz.1

Witajcie,
od dziś przez klika dni, chciałam z Wami podzielić się moją twórczością, moimi zapiskami, które powstały pod wpływem różnych chwil, wydarzeń i spotkanych ludzi. Do napisania tego opowiadania zainspirowałam się pewnym bezdomnym człowiekiem, którego widziałam w tramwaju. Jechał nim ze swoim psem i zaczęłam się zastanawiać, jak to czasem człowiek jest pozostawiony swojej niedoli przez ludzi, ale pies nigdy nie zostawi człowieka samego w potrzebie.





Zapraszam do przeczytania


Czy można w życiu spotkać wierniejszego przyjaciela niż pies? Czy zwierzę może odczuwać ludzkie uczucia i w jaki sposób to robi? Instynktownie? Rozumem? Jak wytłumaczyć to,że już od tylu lat człowiek i pies mieszkają pod wspólnym dachem i to w różnych szerokościach geograficznych? Okazuje się,że można i jest to chyba najpiękniejsza relacja człowiek-zwierzę. Tylko pies, ze wszystkich gatunków zwierząt, potrafił tak bardzo zbliżyć się do człowieka. Opowiem Wam pewną historię, która po raz kolejny udowodni, jak wielka jest miłość i przyjaźń psa i człowieka....a działo się to jakiś czas temu  w pewnym małym miasteczku na południu Polski...posłuchajcie....

Kiedyś przed wielu laty właśnie w tym małym miasteczku żył sobie samotny mężczyzna. Nazywał się Henryk, ale wszyscy mówili na niego Heniek. Nikt nie wie, ile dokładnie miał lat, on sam też tego dokładnie nie wiedział, bowiem od wielu wielu lat stracił rachubę czasu...przestał posługiwać się zegarkiem oraz kalendarzem. Budził się o wschodzie słońca, a zasypiał po zmroku. Od wielu lat Henryk mieszkał samotnie w namiocie na skraju lasu, nieopodal niewielkiej rzeczki zwanej Psim Strumykiem. Była to potoczna nazwa, nadana przez mieszkańców miasteczka. Ci chętnie przychodzili nad Strumyk razem ze swoimi czworonożnymi pupilami, wyprowadzali je na spacery, bawili się na pobliskiej łące, która rozciągała się wzdłuż brzegu rzeczki. Na niej psy zawsze mogły się nabiegać do woli. 

Jednak nie było to tak do końca bezpieczne miejsce, według większość mieszkańców. Ludzie bali się tam przychodzić z dziećmi, bali się człowieka, który mieszkał w tym namiocie. Obawiali się,że może skrzywdzić ich dzieci, a z psami czuli się bezpieczniej. Nie chcieli bowiem z tego powodu rezygnować z pięknej okolicy a to było jedyne dobre miejsce do spacerów ze zwierzakami. 

Pan Henryk mieszkał w namiocie już przeszło 20 lat. Na początku nie było mu się łatwo przyzwyczaić do surowych warunków panujących w jego "domu', bo przecież namiot był właśnie jego jedynym domem już od bardzo dawna. Wiosną i latem dawał sobie radę, bo było ciepło. Gorzej miał zimą, kiedy to noce w namiocie bywały baaardzo mroźne. Wtedy Pan Henryk przenosił się na teren przejścia podziemnego dworca kolejowego. Tam rozstawiał swój namiot w pobliżu "Baru Kolejowego", gdzie zawsze miał ciepło i spokój, a także więcej jedzenia, którego nie brakowało w pobliskim śmietniku, wyrzucane codziennie przez ludzi kupujących w barze lub jego obsługi. Jednak na dworcu nie czuł się komfortowo. Wolał swój leśny zakątek. Tam czuł się wolny i szczęśliwszy, mimo swojej niedoli. Dlatego, jak tylko robiły się cieplejsze dni, to przenosił swój namiot do lasu. 

Pan Henryk kiedyś nie był bezdomnym, tak jak większość z nas, mieszkał w bloku. Miał wspaniałą, kochającą się rodzinę, żonę Marię  i wspaniałego syna Marcina. Bardzo ich kochał. Uwielbiał spędzać z nimi czas, szczególnie Święta i każdą wolną chwilę. Byli nierozłączni, a sąsiedzi mówili o nich "wzorowa rodzina". I tak też było przez wiele lat. Do czasu. Kiedyś, pewnego dnia, i to na parę dni przed Wigilią, Maria oznajmiła mężowi,że dostała nową wspaniałą pracę w biurze  w Anglii. Zawsze o tym marzyła. To było dla niej spełnieniem marzeń. Henryk z początku bardzo się ucieszył. Sądził,że też pojedzie razem z nimi i zaczną lepiej żyć i będą dalej szczęśliwa rodziną. Marzył o tym, by wyruszyć w świat, poznać nowych ludzi i wyrwać się z małego miasteczka. Ale Maria oznajmiła mu,że on nie pojedzie. Że pojedzie sama. Znaczy bez niego, ale z synem tylko. Tłumaczyła to tym,że ktoś musi zająć się domem, pilnować go i płacić rachunki. Ona przecież nie zamierzała wyprowadzać się na stałe. "Popracuję kilka lat, zarobię trochę grosza i wrócę" tak mówiła do męża.

To bardzo przygnębiło Henryka. Dlaczego to dzieje się akurat przed Świętami? W czasie, kiedy jest dla wszystkich czasem miłości i radości, czasem wyjątkowo rodzinnym i bliskim, a on będzie musiał zostać sam. To znaczy, cieszył się,że żona dostała dobrą pracę, ale chciał jechać razem z nią, z nimi wspólnie. A on sam nie miał chwilowo żadnego źródła zarobku. Co prawda dorabiał weekendami w pobliskim sklepie "MiejskiMarket"jako sprzedawca, ale dostawał za nią skromną pensję. Ledwo starczało mu na opłacenie rachunków. Maria wcześniej pracowała w cukierni, sprzedając ciastka ale jakoś żyli sobie. Maria była dla niego wszystkim, co miał. Bardzo ją kochał i ich syna Marcina. Był załamany,że zabiera mu go, przecież to jeszcze dziecko, musi chodzić do szkoły. Ale Maria nie chciała tego słuchać, mówiła,że w Londynie są lepsze perspektywy do dalszej przyszłości, nauczy się porządnie angielskiego,żeby mógł znaleźć dobrą pracę. Tam jest jego przyszłość, nie w Polsce, a już na pewno nie w małej mieścinie zabitej dechami. Henryk uwielbiał spędzać czas z Marcinem, często razem grali w piłkę, chodzili do lasu, a także łowili ryby w Psim Strumyku. Byli nierozłączni. Jednak w dniu wyjazdu nie potrafił powstrzymać łez, a podobno faceci nie płaczą. 

Przez pół roku od wyjazdu najbliższych Henryk nie potrafił sobie poradzić z samotnością. Dom bez żony i dziecka był taki głuchy, cichy i pusty. Nie było się do kogo odezwać, sąsiedzi do nich rzadko przychodzili, a jeśli już to prędzej sąsiadki na pogaduchy z Marią. Ale do niego nikt nie przychodził. Nie miał kolegów w pracy. Na początku Henryk wierzył.że za parę lat Maria wróci z Marcinem do domu i znów będą żyli, szczęśliwie, jak dawniej. Poza tym, codziennie do siebie dzwonili, dzięki temu nie obawiał się niczego. Nadal byli rodziną, tylko daleko od siebie. Najgorsze były dla niego wieczory i długie noce, a także święta. 

Henryk nadal pracował w sklepie, musiał jakoś zarabiać na siebie. Płacił rachunki, kupował sobie jedzenie i inne niezbędne do życia produkty. Z czasem przestało mu starczać na chleb. Musiał płacić za rachunki, by nie zostać bezdomnym, a w związku z tym coraz mniej jadł. Z czasem zaczął kraść jedzenie ze swojego sklepu. Wkładał bułki czy mleko do kieszeni a potem zabierał do domu. Nie miał wyjścia, a chciał przecież przeżyć. 

Najgorszy był dla niego dzień 21 stycznia 1975 roku. Tego dnia nigdy nie zapomni do końca życia, kiedy to został przyłapany na kradzieży przez swojego kierownika. Henryk bronił się jak mógł, mówił,że jest głodny, od dwóch dni nic nie jadł. Mówił,że musiał kraść, by nie umrzeć z głodu. Jednak kierownik nie chciał słuchać tych bredni. Wyrzucił go z pracy. Henryk wrócił więc do domu załamany. Ale nie to tego dnia było najgorsze. Najgorsze przyszło dopiero wieczorem, kiedy to próbował zadzwonić do  Marii. Nie było wtedy jeszcze telefonów komórkowe, tylko stacjonarne. Próbował zadzwonić do Marii...ale Maria nie odebrała. Odebrał za nią jakiś mężczyzna. Henryk przestraszył się jego zimnego, stanowczego głosu. Zapytał ostro Henryka "Czego chcesz od Marii?". Ten przeraził się. "Kto to może być za typ?" - zastanawiał się po cichu ? Nie znał nikogo z bliskich, kto mieszkał w Londynie. Maria miała zamieszkać sama, znaczy z Marcinem, ale nie u kogoś, tylko sama. Potem męski głos oznajmił w słuchawce, żeby Henryk więcej nie dzwonił,że Maria ma go dość, że nie chce widzieć ani znać takiego nieudacznika. Powiedział mu,że Maria opowiadała mu,że ona nigdy go nie kochała. Była z nim dla syna, ale nie była z nim szczęśliwa. Henryk nie był w stanie wysłuchiwać tego do końca. Odłożył słuchawkę. Był załamany. W jednej chwili cały świat runął mu pod stopami. Nie miał już pracy, a teraz stracił także ukochaną Marię i swojego syna. Najgorsze było to,że zdał sobie z tego sprawę,że nie będzie już mógł mieszkać w tym domu. Z czego będzie żył ? Będzie musiał opuścić swoje mieszkanie na zawsze. Dom, w którym pozostało tyle wspomnień z przeszłości. 

I tak też się stało. Henryk spakował wszystkie swoje rzeczy, w dwie duże torby podróżne oraz plecak. Potem zamknął dom po raz ostatni i wyszedł z łzami w oczach. Henryk nie miał dokąd pójść. Jego rodzice już dawno zmarli, a on był przecież jedynakiem - nie miał ani brata, ani siostry. Musiał więc pójść na dworzec. Z początku źle się tam czuł, był sam, mimo iż wokół niego przechodziło tylu ludzi. Został sam pozostawiony przez los. Godzinami siedział na ławce nieopodal "Baru Kolejowego", gdzie było mu ciepło i miał jedzenie, które wydobył ze śmietnika. Kiedyś dziwił się,że ludzie wyrzucają tyle jedzenia do śmieci, gdy inni głodują. Ale teraz on sam głodował. Dlatego jedzenie ze śmietnika stawało się dla niego jedynym ratunkiem. Od tej pory marzył o tym, by ktoś wrzucił do kosza choć małą bułkę, nadgryziony batonik czy niedopity sok. Heniek nie przebywał cały czas tylko na dworcu. Często spacerował po miasteczku, ze swoimi pakunkami i rozmyślał o swoim życiu. Henryk chodził też do lasu i nad Psi Strumyk, ale ludzie go unikali. Wstydził się swojego życia, tego,że jest mężczyzną, a tak bardzo upadł w życiu. Przegrał swoje życie, a przecież nie była to jego wina, ale on sam się za to obwiniał. Mieszkańcy miasteczka unikali go, nikt nie chciał z nim rozmawiać, z bezdomnym człowiekiem. Bali się go, choć on sam nawet nie pił alkoholu, nigdy nikogo nie pobił, czasem ukradł coś z pobliskiego targu, aż czasem musiała interweniować policja. Ale musiał to robić, by przeżyć. ....


NA DALSZY CIĄG OPOWIEŚCI ZAPRASZAM JUTRO :)



4 komentarze:

  1. Mit że mężczyźni nie płaczą został już dawno obalony. Płaczą mężczyźni kochający, wrażliwi, którzy mają serce i nie są skończonymi sukinsynami. Trzeba być ze stali żeby nie płakać jak czujesz że cię roznoszą emocje z jakiegoś powodu. Już teraz widzę że pan Henryk to piękna postać Aniu. Masz głowę do wymyślania wspaniałych historii i lekką rękę do pisania. Przepiękne. Czekam na dalszą część.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja, powiem szczerzę, choć to dziwnie zabrzmi, ale lubię, gdy mężczyźni płaczą. Pokazują swoją wrażliwą naturę. Emocje dotyczą nie tylko kobiet, ale i też facetów. Jutro napiszę dalszy ciąg, w którym nie będzie już tak smutno.

      Usuń
  2. Nie zgadzam się z tym że tylko pies potrafi na tyle zbliżyć się do człowieka. Mam swojego konia i czuje sie jakbym trzymała swój cały świat, już dawno przestalismy być dla siebie zwykła para koń - człowiek. Wiec trochę z początku mnie to zdziwiło, aczkolwiek sama posiadam dwa psy i tez się coś w nich kryje. Opowiadanie świetne, tylko nie stawiaj spacji przez wykrzyknikami (chyba ze to tylko na telefonie tak jest)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za komentarz. Powiem szczerze, że nie zgłębiałam się aż tak na relacji człowieka z końmi, bardziej czytam o tego typu relacjach z psami, ale zaciekawiły mnie Pani słowa. Gratuluję Pani tej pięknej relacji z koniem. Miłość do zwierzą jest niezwykłym zjawiskiem

      Usuń

Jak wyrwać się ze szponów depresji

Dzień Dobry :) Jak to dobrze wrócić do blogowania. Ledwo napisałam swój pierwszy post (po długim czasie nieobecności tutaj), a już dziś...