16 października 2014

Wejść na szczyt i przesunąć horyzont

Cześć, dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o dwóch książkach, które przeczytałam w tym roku i które wywarły na mnie ogromne wrażenie, choć się po nich zupełnie tego nie spodziewałam.
Od bardzo dawna, jedną z osób, które bardzo podziwiam i cieszę się z jej sukcesów w życiu i z tego,że spełnia się w życiu jest Martyna Wojciechowska. Dla nas wszystkich najbardziej jest znana jako dziennikarka i podróżniczka, mama małej Marysi i odważna kobieta. Oglądam jej programy, czytam z nią wywiady i jej artykuły w National Geographic, dwa lata temu miałam nawet przyjemność poznać ją osobiście na jednym ze swoich spotkań z fanami w warszawskim empiku.


Na początku tego roku wypożyczyłam z biblioteki kolejną książkę słynnej podróżniczki a była to książka "Przesunąć horyzont". Co prawda nie przepadam za tematyką himalaizmu i wspinaczek wysokogórskich, bardziej interesuje mnie podróżowanie po nizinnych terenach. Jednak tą przeczytałam bardzo szybko, od deski do deski, bo bardzo mnie zaciekawiła. Jest to zapis przygód autorki  wspinającej się na najwyższą górę świata. I nie tylko. Zanim zdobyła Mount Everest, "zaliczyła" także Aconcaguę ( najwyższy szczyt Ameryki Południowej ) i Kilimandżaro (najwyższy szczyt Afryki) - góry należące do tzw. Korony Ziemi. 

Martyna najbardziej marzyła o Evereście. Leżąc w szpitalu, połamana, wymarzyła sobie,że zdobędzie Górę Gór. Ta myśl nie dawała jej spokoju i planowała sobie wyprawę. To nie był tylko jej kolejny kaprys, choć wiele osób może uważać to za kaprys. Taka wyprawa to najważniejsza przygoda w życiu dziennikarki. W końcu jest jedną z nielicznych śmiałków, kobiet, Polek, która weszła na Mount Everest - najwyższy szczyt świata mierzący 8848 metrów nad poziomem morza. 
Podczas wspinaczki zmagała się z wieloma przeszkodami, nie tylko z surowym, wysokogórskim klimatem, swoimi fizycznymi problemami (nie była jeszcze całkowicie zdrowa), aklimatyzacją, ale także z wewnętrznymi słabościami. Zdobywanie Everestu nie jest takie proste. Nie wchodzi sie na tą górę "od razu". Trzeba stopniowo się wspinać i schodzić, tak, by organizm ludzki zaaklimatyzował się do coraz większych wysokości. 
Pomimo trudów Martynie udało się zdobyć Najwyższą Górę Świata. Jestem z niej osobiście bardzo dumna. Pokazała sobie i innym ludziom,że nawet najśmielsze marzenia mogą się spełniać. Każdy ma w życiu jakieś cele, często bardzo nierealne. Warto być wytrwałym i konsekwentnie dążyć do ich realizacji, nawet jeśli to jest zdobycie najwyższej góry świata. Bardzo śmiałe marzenie. Poza tym Martyna nie kocha gór tak jak większość wspinaczy, wiele razy wspominała o tym w książce. Jest w nich zimno a ona szybko marznie. Woli ciepłe klimaty. Ale dla niej Everest stanowił wyzwanie, był pewnym progiem jej własnych sił, granicą, którą pokonała, a wielu z zawodowych wspinaczy nie jest w stanie wejść na szczyt. Martyna żyła tam w skrajnych warunkach, musiała znosić trudy tej wyprawy, surowego wysokogórskiego klimatu i pokonała swoje słabości. Bardzo mnie tym zainspirowała. I chociaż dawniej też starałam się w życiu nie poddawać, to po przeczytaniu tej książki stałam się jeszcze bardziej wytrwała w dążeniu do tego celu. 



A miałam z czym walczyć i do czego dążyć. Ci, którzy mnie znają od dawna, wiedzą,że jestem strasznym tchórzem. Boję się najbardziej występów publicznych, nawet w małym gronie. Od najmłodszych lat największą katorgą w szkole (oprócz zajęć w-fu) były dla mnie zajęcia, na których trzeba było coś wygłosić np wiersz czy referat, a na studiach - prezentacje. Miałam ogromną tremę i jąkałam się. To wywoływało u mnie lęk. Mówienie do większej grupy ludzi stanowiło dla mnie właśnie pewną granicę, której nie umiałam przekroczyć. 

Jednak kilka lat temu, za namową mojej przyjaciółki, udało mnie się spełnić jedno z moich marzeń - być w programie "Jaka to melodia?" i ogólnie w telewizji. Zawsze chciałam wystąpić w tym programie jako zawodniczka, ale najpierw zaczęłam od statystowania tam na publiczności. Studio telewizyjne zrobiło na mnie ogromne wrażenie, pełno nowych ludzi :) Przez 2 lata miałam przyjemność tam pracować właśnie na publiczności, w tym czasie poznałam nowe osoby. Czułam się i do dziś się tam czuje bardzo dobrze, jest to mój drugi dom, a ludzie, którzy tam pracują, włącznie z panem prowadzącym są dla mnie jak druga rodzina. Ale po pewnym czasie postanowiłam spróbować swoich sił już nie jako statystka ale zawodniczka. 


I udało się. Pierwszy raz wystąpiłam w tym programie rok temu. Co prawda wtedy nie wygrałam żadnych pieniędzy, stres zrobił swoje i gubiłam się w tym wszystkim. Pierwszy raz byłam na poważnie przed kamerami, jąkałam się okropnie, dobrze,że większość mojej rozmowy wycięli :) ale, mimo iż nie wygrałam pieniędzy, to zyskałam coś znacznie cenniejszego - spełniłam swoje największe marzenie. Wystąpiłam w telewizji i to w moim ukochanym programie. Kocham ten program i to jedyne co warto w TV oglądać. Nie dość,że można posłuchać muzyki, nauczyć się nowych piosenek. Ile ja pięknych utworów poznałam i pokochałam dzięki JTM? :) I to był mój Mount Everest. Pokonanie tremy przed kamerami. Po nieudanym pierwszym razie, postanowiłam sprawić, by mój kolejny występ był o wiele lepszy pod każdym względem. 



Chciałam swobodniej mówić na wizji i chciałam wygrać choć ze 100 zł. Zawsze stosuję metodę małych kroczków. Moim największym marzeniem w tym programie jest wygrać Finał Miesiąca, ale do tego jeszcze daleka droga...ale nie niemożliwa. I będę do tego dążyć. Ale to w przyszłości. Wracając do mojego 2 odcinka, przygotowywałam się do niego rok czasu, założyłam zeszyt z piosenkami, z którego "uczyłam sie piosenek" tzn słuchałam wszystkich najbardziej znanych piosenek wszystkich artystów z mojej listy. Dzięki temu poznałam lub przypomniałam sobie wiele pięknych utworów. Po drugie ćwiczyłam w sobie swobodne wypowiadanie się. 
Po roku czasu spełniło się część moich marzeń związanych z Jaka to melodia? Udało mnie sie wystąpić aż w dwóch odcinkach pod rząd, czyli doszłam w jednym z nich do finału i do dziś nie mogę w to uwierzyć, jak to sie stało ;) Po drugie, mówiłam bardzo swobodnie, przynajmniej tak ja odczuwałam, mogłabym tam opowiadać o moich pasjach bez końca. Jestem dziś szczęśliwa i spełniona i chociaż na razie wygrałam zaledwie 1860 zł, to dla mnie ta kwota bardzo wiele znaczy i jest dla mnie nagrodą za wysiłek włożony w ten cel. Ale na tym nie koniec, będe pracować nad tym,żeby w końcu wygrać finał a kiedyś może także Finał Miesiąca. :) Nigdy się nie poddam. 

A teraz chciałabym napisać o drugiej książce, która również opowiada o niepoddawaniu się i wielkiej determinacji wobec swoich marzeń i pasji. Tą książką jest "Ostatni Tancerz Mao" autorstwa Li Cunxina 



"Ostatni tancerz Mao" to kolejna książka, którą mogę zaliczyć do moich ulubionych, wciągających od początku, od pierwszego rozdziału, od pierwszego zdania i od pierwszego słowa. Mogę się nawet pokusić o stwierdzenie,że jest to jedna z tych książek, które wywarły na mnie wpływ podczas jej czytania. A jest o czym czytać. Szkoda,że już skończyłam.
"Ostatni tancerz Mao" jest to autobiograficzna opowieść Li Cunxina, chińskiego chłopca, szóstego syna i najsłynniejszego chińskiego tancerza baletu. Powieść rozpoczyna od wspominania ślubu jego rodziców, których kochał nad życie. Li Cunxin wychował się w biednej, wiejskiej chińskiej rodzinie, mieszkającej w komunie. Za czasów panowania przewodniczącego Mao. Cunxin, był jednym z 7 synów swoich rodziców. W dzieciństwie uwielbiał zabawy z braćmi, których kochał. Ale bieda i głód odcisneły swoje piętno na tej rodzinie. Nieraz musieli dzielić się i tak niewielkimi racjami żywnościowymi. Jedli głownie chleb kukurydziany i pochrzyn. Nie było nadziei na lepsze. 
Odkąd Cunxin zaczął chodzić do szkoły, zaczeło się po woli zmieniać życie jego i później jego rodziny. Nauczycielka chłopca, pani Song, wskazała na niego podczas naboru uczniów do Akademii Tańca Madame Mao w Pekinie. Z początku, Cunxin nie był zachwycony tą decyzją. I tak też było przez pierwszy rok nauki. Słabo się uczył, nie był zdolny do tańca. Aż pewnego razu poznał pewnego nauczyciela, który uczył go baletu. Od tej chwili Cunxin pokochał ten rodzaj tańca i marzył o tym, by stać się najsłynniejszym tancerzem baletu i reprezentować Chiny na arenie międzynarodowej. Wówczas też zaszły znaczące zmiany w polityce Chin. Kraj zaczął się bardziej otwierać na zachodni styl życia. Wtedy też Li dostał propozycję, wraz z kolegą, na krótki wyjazd do Stanów Zjednoczonych, by zobaczyć jak tam tańczy sie balet. Chłopiec był oczarowany Ameryką i był zszokowany,że tak odmiennie wyglądała Ameryka w jego wyobraźni (spowodowane to było panującą ówczesną polityka Chin, która krytykowała wszystko, co zachodnie,w tym najbardziej USA). Wtedy Cunxin na dobre zakochał się w tym pięknym kraju, tam mógł poczuć się wolny i realizować swoje plany i marzenia, podczas kolejnych wyjazdów. Cunxin to chłopak o niezwykłym talencie, determinacji, pewności co do własnych decyzji, twardy i niezłomny nawet wobec bólu i niegodziwych ludzi, którzy nie raz uprzykrzyli mu życie :( Szkoda mi go, bo na to nie zasłużył. Przy czym nigdy nie zatracił miłości do swojej rodziny, zwłaszcza do mamy (niang) i taty (dia). A takze do jego ulubionych nauczycieli, do przyjaciół. Książka, pomimo wielu smutnych wątków, jest napisana optymistycznie i z nadzieją oraz jest przepełniona miłością chłopca do matki i rodziny. Cudowna książka, którą polecam każdemu.

NIGDY NIE PODDAWAJCIE SIĘ W DĄŻENIU DO SWOICH MARZEŃ !!! :) 

2 komentarze:

  1. Oglądałam film Przesunąć horyzont. Cudowny jest naprawdę. Przeryczałam pół filmu. Też jestem dumna i mam nadzieje że uda mi się z nią spotkać tym razem na targach książki w Krakowie. To wspaniała odważna kobieta, która pokazuje że warto spełniać marzenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I co ? Udało Ci się spotkać Martynę na targach ? Jak sie ją widzi tak bezpośrednio to wcale nie sprawia wrażenie "wielkiej kobiety". Taka zwyczajna, fajna kobieta ;) A bardzo fajnie słucha się jej opowieści podczas takich spotkań.

      Usuń

RODZIAŁ 11

CZĘŚĆ II – KILKA MIESIĘCY PÓŹNIEJ Rozdział 11 Tomasz i Sandra skończyli właśnie próbę do nowego przedstawienia w Teatrze Sy...