14 lipca 2018

Rozdział 14

RODZIAŁ 14

Tego dnia Marek bardziej niż wściekły. Szedł prędkim krokiem w stronę gabinetu dyrektora.
- Panie Dyrektorze – zaczął
- Słucham Pana, Panie Marku
- Dlaczego casting do tego badziewia jest właśnie u nas? – pytał dyrygent
- Dlatego,że to idealny sposób na promocje naszego teatru – rzekł dyrektor
- Ale przecież nasz teatr nie potrzebuje promocji
- Potrzebuje i to bardzo – ciągnął dalej – sam osobiście zadzwoniłem do producentów tego programu, by u nas zrobili przesłuchanie.
- Jak pan mógł – złościł się Marek
- Panie Marku, jestem tu dyrektorem, więc wszystko mogę – odpowiedział – potrzebujemy promocji. Mamy XXI wiek, dziś to telewizja i Internet rządzą. To najlepszy sposób na promocję i teatru i młodych talentów. Zobacz, dzięki temu może uda nam się zgarnąć jakieś świeżynki do naszego teatru. Oni tylko czekają, aż ich ktoś zauważy.
- Nie mam już sił – odpowiedział dyrygent, ale chyba sam do siebie, bo poszedł już do swojej garderoby. „Dlaczego to ja nie jestem dyrektorem, na pewno nie dopuściłbym do tego castingu”, myślał Marek. Przecież mógłby zarządzać nie tylko chórem ale też całym teatrem. Marek chciał, aby teatr, w którym pracuje, był najlepszym w stolicy. Znał się na sztuce, kochał teatr za to,że właśnie tu mogą zaistnieć prawdziwe talenty.
-Nie wTV. Tam wszystko jest wyreżyserowane, nawet uśmiechy publiczności, a jak nie opowiesz łzawej historii ze swojego życia przed kamerami, to nie przechodzisz dalej – mówił Marek do Tomka
- Taka prawda, dlatego nie pakowałem się do TV. Chciałem od razu do teatru – żartował Tomek
- Porządny z Ciebie chłopak, Tomku – rzekł dyrygent – może wyjdziemy razem na piwo
- Yyy… w tej chwili nie mogę. Jestem umówiony – mówił Tomasz
- Z Sandrą? – zapytał Marek
- Nie tym razem – odpowiedział Tomasz i wyszedł z teatru.

Tymczasem Tomasz rozmawiał w domu z Sandrą. Powtarzali swoje kwestie do kolejnego przedstawienia, w reżyserii Tomasza oczywiście. Wychodziło im to całkiem nieźle
- Moja droga, czy na pewno nie chcesz iść ze mną do Żaka? W sobotę impreza – proponował Tomek
- Och..dlaczego akurat w sobotę? Pracuję do późna w kawiarni. Nie dam rady się zwolnić. Koleżanka poszła na urlop i nie ma mnie kto zastąpić.
- Tak bardzo bym chciał, żebyś była choć raz ze mną w klubie.
- Ja też, kochany. Innym razem. Idź, zabaw się sam, a my spotkamy się innym razem w klubie.
Tomek chciał przy okazji imprezy wydrukować kilka ulotek reklamowych castingu „Śpiewać każdy może”. Nie powiedział Markowi, że to on podsunął dyrektorowi pomysł z castingiem. „Jeszcze się przekona, że takie show to nic złego. Trochę zabawy dla widzów a my zyskamy rozgłos jako teatr”, myślał. „Ech, gdyby nie teatr i prawo mógłbym się zajmować marketingiem”, zaśmiał się do siebie Tomasz.

Rozdział 13

ROZDZIAŁ 13

Natalia i Adam wracali właśnie z imprezy urodzinowej kolegi. Szymon był kumplem Adama. Razem studiowali prawo na UW. Nie miał dziewczyny, ale bardzo lubił towarzystwo Adama i Natalii. Nie przeszkadzało mu bycie singlem. Czuł się wolny i szczęśliwy. Adam i Natalia nie byli parą, w sensie związku. Nazywali się parą przyjaciół. Nic więcej. Tak ustalili między sobą. Czy Adamowi nie podobała się Natalia? Tu chyba nie chodzi o wygląd. Po prostu widocznie oboje nie chcieli związku. Ot tak, luźna para przyjaciół. I Szymon. Razem tworzyli zgraną paczkę.
Natalia nadal pracowała w butiku. Jej praca była blisko domu, więc mogła się wysypiać. Oprócz tego rozpoczęła studia. Długo się zastanawiała nad tym, co studiować. Wybrała pedagogikę. Do tego namówiła ją koleżanka z pracy, która tam studiuje. Więc i Natka złożyła papiery i dostała się. „Studia nie powinny być trudne”, myślała. Nie bardzo wiedziała co po tym robić. W każdym razie przedszkolanką nie chciała być. „Coś się wymyśli przez te pięć lat, co robić dalej”. Jednak chciała poczuć, jak to jest być studentką. Teraz bycie studentem to takie modne. Nieważne co się studiuje, ważne by móc pokazywać wszędzie legitymacje i mieć zniżki na wszystko. Natalia chciała też przynależeć do jakieś grupy. Postanowiła, że nie będzie się przyznawać do swojego wiejskiego pochodzenia. Mówiła, że jest z Warszawy. Tylko Adam wiedział o wszystkim. Chciała się pokazać w stolicy jak światowa kobieta. Ludzie ze wsi są traktowani jak osobniki drugiej, a może nawet i trzecie kategorii. „Cześć jestem Natalia ze Słonecznego Wzgórza’ – Boże, jak to brzmi. Jak ‘Ania z Zielonego Wzgórza’. A czy ona była ładna? Te piegi i rude włosy??? No właśnie”. Dlatego Natalia nigdy nie chciałaby powtórzyć losu Ani Shirley. Przestała się kontaktować z bliskimi ze Słonecznego Wzgórza. Jedynie dzwoniła do rodziców, ale im nie opowiadała zbyt dużo. Z resztą co drugie słowo to kłamstwo było. Natalia chciała być wreszcie sobą. I prawie jej się to udaje. Teraz w końcu jest szczęśliwa.
Natalia i Szymon siedzieli w kawiarni i snuli plany imprezowe na przyszły tydzień.
- Może pójdziesz z nami do klubu Żak? – zaproponował Adam
- Nasz wydział ma tam imprezę – dodał Szymon
- Spoko. Dla mnie ok., byle z Wami – zgodziła się Natka – to kiedy to będzie?
- W sobotę – mówił Szymon
- Ok
Tymczasem cała trójka opuściła mury kawiarni i każdy pojechał w swoją stronę. Natalia sama wracała do domu. Nie lubiła być sama. Nie chciała na razie mieć chłopaka, ale samotne powroty do domu ją przerażały. Jakoś mało przebywała w swoim domu. Głównie podczas snu. Całe dni spędzała z ludźmi. Czasem ta samotność w nocy doprowadzała ją do płaczu. Kiedy mieszkała na Słonecznym Wzgórzu, nigdy nie płakała. Teraz w Warszawie płacze prawie każdej nocy. Sama nie rozumiała powodu. Dlaczego lęk przed samotnością tak bardzo ją przerażał? budziło to w niej silne emocje. Jednak na to pytanie Natalia nie znała odpowiedzi.

"Wszystko się może zdarzyć" Rozdział 12

ROZDZIAŁ 12

Kasia jechała wraz ze swoim najlepszym przyjacielem Maćkiem do Warszawy. Jechali na koncert Edyty Górniak. Edyta była dla Kasi wzorem pod względem wokalnym. Uważała ją za najlepszą piosenkarkę. Uwielbiała piękne kobiece głosy. Lubiła też Celine Dion i Whitney Houston. Takie delikatne z pozoru kobiety potrafią wydobyć z siebie potężny instrument w postaci głosu. I potrafią porwać tłumy ludzi, potrafią wzruszać każdym słowem, każdym wyśpiewanym dźwiękiem, każdą nutą i melodią. „Coś niesamowitego”, myślała Kasia. Marzyła o tym, by też stanąć na wielkiej scenie i oczarować publiczność. Może w Warszawie spełnią się jej marzenia.
Kasia już po raz trzeci jechała do stolicy. Jej życie bardzo się zmieniło od czasu jej pierwszej wizyty w tym mieście. Początkowo się go bała. Gdy tylko postawiła swój pierwszy krok w Warszawie, nie wiedziała w którą stronę zrobić ten następny krok. „Dokąd iść, gdy nie ma dokąd pójść i skąd nadzieję brać…” śpiewała sobie Kasia pod nosem. Bała się zapytać o drogę, więc poszła za tłumem. I tak przez cały tydzień jej pierwszego pobytu w wielkim mieście. Jednak Kasia była szczęśliwa. Lubiła błądzić między zaułkami stolicy, chodziła tam, gdzie ją nogi poniosły. Był do dla niej wspaniały czas. W końcu podróże kształtują charakter, i te dalekie i bliskie. Kasia rozmyślała o swoim życiu, o mamie, o braciszku, o Natalii i innych bliskich jej osobach. Myślała, że może kiedyś zamieszka w Warszawie, dostanie pracę i pomoże swojej rodzinie wydostać się z tej biedy i z wioski. „Mama tu byłaby szczęśliwsza”, myślała dalej Katarzyna.
Po jej powrocie na Słoneczne Wzgórze z pierwszej wyprawy wszyscy miło ją powitali. Każdy się o coś pytał, chcieli wiedzieć co słychać w stolicy.
- Widać, że ten wyjazd bardzo ją zmienił – powiedziała Wiesia do Anny, mama Natalii – a właśnie kochanie, nie spotkałaś tam przypadkiem mojej Natalki? – zwróciła się do Kasi
Tego pytania obawiała się najbardziej. Powiedziała przecież mamie, że jedzie ją odwiedzić, a przecież nie spotkały się. Jednak nie chciała mówić szczegółów ich obecnej relacji.
- Tak, spotkałam się z nią raz – skłamała Kasia – teraz dużo pracuje i nie ma czasu…
- A to dziwne, Natalia nic mi nie mówiła o waszym spotkaniu – odpowiedziała Wiesia.
Całe szczęście, że sąsiadka poszła sobie do domu i przestała zadawać kłopotliwe pytania. Niestety ludzie na wsi i w małym mieście chcieliby wszystko wiedzieć o wszystkich.

Kasia jechała teraz z Maćkiem do Warszawy. Postanowili razem wybrać się na koncert do Warszawy. I pobyć parę dni razem. Jako przyjaciele oczywiście. Tym razem przenocują u kolegi Maćka. Maciek miał sporo znajomych w Warszawie. Często przyjeżdżał na różne mecze na stadion i poznał kolegów. Dzięki temu mógł często u nich gościć, bez potrzeby wynajmowania drogich hoteli.
Kasia z Maćkiem po przyjeździe do stolicy, postanowili zwiedzić miasto. Wybrali się na Starówkę i do ZOO. Byli na tarasie widokowym Pałacu Kultury oraz w Bibliotece Uniwersyteckiej. Spacerowali nad Wisłą i w Łazienkach. Potem zjedli dobry obiad w jednej z knajpek na Nowym Świecie i pomknęli na Torwar na koncert idolki Kasi. Bardzo im się spodobało życie w dużym mieście. Czuli się, jakby byli w innym świecie. Dla osób mieszkających na wsi przyjazd do stolicy może budzić wielkie emocje. Nie inaczej było w przypadku dwojga przyjaciół, Maćka i Kasi.
Spędzili w mieście kilka dni, oprócz koncertu, robili wszystko na co mieli ochotę. Poczuli się wolni i szczęśliwi. Kiedy zbliżał się dzień ich powrotu do domu, na jednym słupie ogłoszeniowym Maciek dostrzegł plakat „ Kochasz śpiewać i jeszcze nie jesteś gwiazdą? Przyjdź na casting do nowego show ‘Śpiewać każdy może’. 10 listopada w Teatrze Syrena”
- Wow! Ludzie to są odważni. Zaśpiewać przez takim tłumem ludzi? To dopiero wyzwanie. – zamyśliła się Kasia
- To przyjedźmy tutaj w listopadzie – zaproponował Maciej
- Nie wiem, czy się odważę. Sama boję się wystąpić – odpowiedziała Kasia
- Nie bój się. Będę z Tobą. Zaśpiewamy jako duet. – dodał jej odwagi
- Cudownie! Warszawo! Spodziewaj się nas w listopadzie na scenie! A tymczasem do zobaczenia – mówiła Kasia.


Ciąg dalszy nastąpi

30 marca 2018

Wielkanocny spacer po Warszawie

Drodzy Czytelnicy!
Z okazji Świąt chciałabym złożyć Wam spokojnych, słonecznych, ciepłych i wiosennych świąt. Niech będzie to dla Was czas odpoczynku i relaksu ;) A najlepszym relaksem w takie święta są spacery. Zachęcam wszystkich do zwiedzania Warszawy.
Przygotowałam dla Was z tej okazji listę ciekawych miejsc, które można zwiedzić w Warszawie podczas świąt. Zapraszam do poczytania i oglądania.

1. OGRÓD BOTANICZNY UW

1 kwietnia 2018 ogród botaniczny zostanie ponownie otwarty dla zwiedzających (po zimowej przerwie) i z tej okazji można podziwiać przepiękną kolekcję kwiatów zwanych szachownicami.
 "Na wystawie będzie można dowiedzieć się o nich więcej: dlaczego ich płatki w powiększeniu wyglądają jak puszysty dywan? Czy sikory mogą zapylać ich piękne, kolorowe kwiaty? Jakiej płci są kwiaty i wiele, wiele więcej. Podczas wydarzenia będzie można oglądać zdjęcia szachownic wykonane podczas prac badawczych prowadzonych w Ogrodzie oraz pochodzące z kolekcji Laurenca Hilla (www.fritillariaicones.com), a także żywe rośliny z kolekcji Ogrodu. Wydarzenie to jest podsumowaniem czteroletnich badań toczących się w Ogrodzie, dotyczących ewolucji cech kwiatów szachownic." (źródło: www.http://www.garden.uw.edu.pl/) 
Poniżej znajdziecie szczegóły dotyczące zwiedzania ogrodu.
info dla zwiedzających


fot. urzadzamy.pl


2. OGRÓD ZOOLOGICZNY

Jeśli ktoś jest miłośnikiem zwierząt to z pewnością wybierze się do ZOO. Tym bardziej, że niedawno nasze ZOO obchodziło 90 lecie swojego istnienia. W ZOO zawsze się przyjemnie spędza czas. Jeśli ktoś chce poczytać więcej o ogrodzie, to zapraszam do poczytania moich wcześniejszych postów na ten temat: 
SPACER PO WARSZAWSKIM ZOO CZ.1
SPACER PO WARSZAWSKIM ZOO CZ.2

w naszym zoo możecie zobaczyć m.in największego gołębia świata


3. SPACER PO PARKU SKARYSZEWSKIM IM. IGNACEGO JANA PADEREWSKIEGO
Jest to zabytkowy warszawski park miejski, największy w mieście. Odwiedziła go kiedyś nawet sama królowa Elżbieta II.
Więcej informacji znajdzieje w tym poście SPACER PO PARKU SKARYSZEWSKIM

FOT. Anna Art
4. PAŁAC I OGRÓD W WILANOWIE

W dniach 30-1 kwietnia sam pałac jest niemożliwy do zwiedzania, natomiast ogród wokół pałacu jest jak najbardziej dostępny. Tylko wówczas bilety należy kupić albo w automatach biletowych przed wejściem do ogrodu albo przez internet
Natomiast w Poniedziałek Wielkanocny czynne będą zarówno ogród jak i wnętrze pałacu.
Szczegóły znajdziecie tutaj INFO DLA ZWIEDZAJĄCYCH

fot. fotogalerie.pl

5. SPACER PO POWIŚLU I NAD WISŁĄ

Osobiście bardzo serdecznie mogę Wam polecić wybrać się na długi spacer (będący moim zdaniem najlepszą alternatywą dla Starówki, Krakowskiego i Nowego Światu). Można wybrać się na przepiękny spacer po Powiślu zaczynając albo od ulicy Tamka (wchodząc od Nowego Światu) lub od Mariensztatu w drugą stronę - można zahaczyć o piękne ogrody BUW na dachu, można przespacerować się wzdłuż Wisły nad samym jej brzegiem aż do Solca, albo odwrotnie, do Parku Fontann na Podzamczu.

fot. Anna Art

fot Anna Art
Kładka nad ul. Tamka fot.Anna Art
złota kaczka w kąpieli ;) fot. Anna Art


05 marca 2018

Mój pierwszy spacer w roli przewodnika, czyli jak pokonałam lęk społeczny

Witam wszystkich bardzo serdecznie i z przyjemnością zasiadam do pisania posta na blogu :) Chciałabym Wam opowiedzieć o wczorajszym, bardzo ważnym dla mnie wydarzeniu. Mianowicie, pierwszy raz poprowadziłam grupę spacerowiczów po Warszawie w roli przewodnika. Zapraszam do poczytania. 



"Chcę zostać przewodnikiem po Warszawie" - to zdanie słyszeli chyba wszyscy moi znajomi. I na tym zdaniu się kończyły moje chęci w tym zakresie. Przez wiele lat myślałam o tym, żeby prowadzić ludzi ulicami mojego miasta, które kocham (mimo wiecznych korków, śpieszących się ludzi i hałasu) moje miasto. Tu się urodziłam, tu mam rodzinę. Przekazywano mi w rodzinie taki regionalny patriotyzm. Bardzo lubiłam czytać różne artykuły opisujące dawną Warszawę i zdjęcia ją przedstawiające. Przedwojenne. W ogóle marzyłam też kiedyś, żeby zostać nauczycielką. Nauczanie, przekazywanie wiedzy dobrze mi wychodziło, o czym wielokrotnie moi znajomi z liceum mogło się przekonać ;) Wtedy poczułam potencjał w sobie i poszłam na studia biologiczne. Chciałam uczyć biologii w szkole. No właśnie...chciałam. Jednak moim największym wrogiem moich planów zawodowych była wszechogarniająca trema i lęk mówienia do ludzi (grupy ludzi; tak - nawet uczniów). Bałam się występować publicznie. Paraliżowało mnie to. W szkole nieraz trzeba było recytować wiersze. Lubiłam się ich uczyć na pamięć, ale sam moment wystąpienia przed całą klasą mnie paraliżował, co było widać podobno nawet w ostatnich ławkach. A i tak mimo to dostawałam dobre oceny z recytacji. 



Jakiś czas później, w liceum właśnie, miałam okazję uczestniczyć w dniu otwartym mojej szkoły. Moim zadaniem było oprowadzanie przyszłych uczniów szkoły (kandydatów na uczniów) i ich rodziców bo budynku szkoły. Bardzo cieszyła mnie ta rola. Akurat mówienie do pojedynczych osób nie paraliżowało mnie, wręcz przeciwnie. Z pasją opowiadałam ludziom o moim liceum i nawet mnie pochwalono wtedy, że dobrze mi to wychodzi. 


Wtedy pierwszy raz pomyślałam o tym, że mogłabym w przyszłości prowadzić jakieś wycieczki np w muzeum. Mam nadzieję, że i to się niedługo spełni. Jak na razie oprowadzam ludzi po ulicach Warszawy. 
Jak to się stało? Właściwie pierwsze poważniejsze myśli o tym, by zostać przewodnikiem pojawiły się na początku studiów. Wtedy wybrałam się z moją koleżanką Natalią (bardzo Cię serdecznie pozdrawiam i dziękuję, jeśli to czytasz) do Muzeum Powstania Warszawskiego. Wtedy Natalia powiedziała, czy myślałam o tym, żeby zrobić kurs przewodnika. Był to jakoś rok 2007/2008. Musiało minąć 10 lat,żebym moje plany zamieniła w czyn. W 2017 roku udało mi się ukończyć kurs i zdać egzamin. Nauczyłam się na nim odwagi, wiedzy o Warszawie i pewności siebie. Dodatkowo występy w programie Jaka to melodia? pomogły mi oswoić się z mówieniem do publiczności. 


Długo myślałam o tym, kiedy i jak zacząć na poważnie pracować jako przewodnik. Wielu przewodników oprowadza wycieczki zorganizowane - szkolne, czy zagraniczne. Na początek trudno by było mi je ogarnąć. Dlatego pomyślałam, żeby zacząć od spacerów dla chętnych, darmowych (ewentulanie za napiwki - kto chce to wrzuci grosz do sakiewki ;)). Postanowiłam, że od marca tego roku rozpocznę swoją pracę jako przewodnik. Założyłam swoją stronę na facebooku ( https://www.facebook.com/Warszawi-anka-warszawska-przewodniczka-139765466679564/?ref=settings) i utworzyłam wydarzenia moich pierwszych spacerów. Nie sądziłam,że przyjdą jakieś osoby. Niektórzy znajomi byli chętni do wzięcia udziału. Wtedy pomyślałam,że ogłoszę się na portalu ogłoszeniowym waw4free.pl i powiem Wam szczerze, że przyszło całkiem sporo osób. Choć obiawałam się, czy ktoś przyjdzie. Znajomi zaczęli odwoływać swój udział w spacerze, dodatkowo mróz szczypał za uszy ;) ale ja nie mogłam zrezygnować ze spaceru. Poszłam pod kolumnę Zygmunta (miejsce zbiórki wczorajszego spaceru po Krakowskim Przedmieściu). Za chwilę podeszło starsze małżeństwo i zapytało, czy ja oprowadzam po Krakowskim. Potem kolejne osoby zaczęły podchodzić. Poczułam łzy w oczach i jednocześnie strach, bo obcy ludzie i to aż tylu. Początek mojego przemówienia był nie najlepszy. Gubiłam się w słowach...zapomniałam kilku dat...ale mówiłam dalej. Ludzie uśmiechali się do mnie mimo wszystko i nie odeszli ;) 


Więc zaproponowałam im przejście na dziedziniec Zamku Królewskiego. I dopiero wtedy jakoś stres puścił. Kolejne obiekty, które omawiałam podczas spaceru to: kościół św. Anny, Centralna Biblioteka Rolnicza, Pałac Prezydencki, Hotel Bristol, Hotel Europejski, pomnik Bolesława Prusa, księdza Jana Twardowskiego, kościół Wizytek, Uniwersytet Warszawski, Pałac Czapskich (ASP), kościół św. Krzyża. I jakoś nawet spacer szybko minął. Aż za szybko. Połowę informacji, które miałam zaplanowane powiedzieć, zapomniałam...ale mimo wszystko ta sama grupa ludzi dotrwała do końca. I nawet zdecydowali się wrzucić napiwki. Zebrałam aż 70 zl. Wspomniałam na początku,że nie posiadam jeszcze zestawu wspomagającego mój głos podczas mówienia (głośnik + mikrofon) i ludzie mówili, że pomogą mi zebrać pieniądze na ten sprzęt. Na następnym spacerze sprzęt już będzie ;) odwzajemniłam się ludziom słodkim upominkiem w postaci cukierków oraz broszur i ulotek dotyczących zwiedzania różnych miejsc w Warszawie. Ludzie pytali kiedy kolejne spacery. To dla mnie było bardzo miłe. Bardzo bałam się tego, że ludzie będą zadawać mi trudne pytania, na które nie będę znała odpowiedzi. I przez większość spaceru nie zadawali. Pod koniec zaś jedna pani podeszła do mnie i zapytała na ucho czy może zadać pytanie. Przeraziłam się. Jedak znałam odpowiedź na pytanie: (uwaga!) "Gdzie pani kupiła swój plecak?" :D :D :D 



Bardzo przyjemny pierwszy spacer. Postaram się na następnym, w niedzielę, jeszcze bardziej się przyłożyć i dzielić się z ludźmi moją pasją do Warszawy. 



Oczywiście relacje z kolejnych spacerów również napiszę na blogu. Pozdrawiam i zapraszam do śledzenia mojego fan page https://www.facebook.com/Warszawi-anka-warszawska-przewodniczka-139765466679564/?ref=settings

18 lutego 2018

ZAPRASZAM NA MOJE SPACERY

Witajcie
Chciałabym Was zaprosić na moje spacery po Warszawie. Rozpoczynam swoją działalność przewodnika po Warszawie. Początkowo chcę i będę organizować spacery darmowe/ewentualnie za napiwki - jakby ktoś chciał się odwdzięczyć czymś więcej niż uśmiechem ;) to nie odmówię.



Zapraszam każdego, kto nie ma pomysłu na spędzenie czasu w niedziele wiosenno-letnie, kto chciałby poznać historię i ciekawostki o Warszawie. Postaram się organizować coraz ciekawsze spacery. Pokazywać miejsca związane nie tylko związane z historią miasta, ale i kulturą, przybliżać życie ludzi znanych warszawiaków.

Na początek proponuję 4 spacery w marcu - w każdą niedzielę o 12.00 (każdy spacer potrwa od 2-3 godz max) Mam nadzieję, że uda mi się wszystko opowiedzieć. Będą to 4 popularne trasy zwiedzania :)
Szczegóły poniżej


PLAN MOICH SPACERÓW PO WARSZAWIE  MARZEC 2018


4 MARCA 2018 KRAKOWSKIE PRZEDMIEŚCIE

Zbiórka: plac Zamkowy, przy kolumnie Zygmunta, godz. 12.00
Zakończenie spaceru: przy pomniku Kopernika, ok. godz. 14.00

O CZYM BĘDĘ MÓWIĆ: O początkach Warszawy,  Zamku Królewskim i o ważnych, budynkach, obiektach i ludziach znajdujących się i związanych z Krakowskim, Przedmieściem.

11 MARCA 2018 SPACER WZDŁUŻ OSI SASKIEJ

Zbiórka: skwer ks. Jana Twardowskiego (sąsiadujący z Hotelem Bristol) godz.12.00
Zakończenie spaceru: ul. Żelazna róg Chłodnej ok.14.00

O CZYM BĘDĘ MÓWIĆ: Ogólnie o Osi Saskiej, Pałacu Saskim, Ogrodzie Saskim, Placu Za Żelazną Bramą, , Pałacu Lubomirskich, Hali Mirowskiej i Hali Gwardii, o ulicach Elektoralnej i Chłodnej, o budynkach Straży Pożarnej na Chłodnej, o kościele św. Karola Boromeusza, o Gettcie Warszawskim i Kercelaku.

18 MARCA 2018  LUDZIE WARSZAWY – ŚLADAMI FRYDERYKA CHOPINA I MARII SKŁODOWSKIEJ CURIE

Zbiórka: koło Barbakanu od strony ul. Podwale godz. 12.00
Zakończenie spaceru: ul. Nowy Świat róg Świętokrzyskiej ok. godz. 13.30 – 14.00

O CZYM BĘDĘ MÓWIĆ: O miejscach związanych z Marią Skłodowską Curie i jej życiorysie, o Fryderyku Chopinie i miejscach z nim związanych.

25 MARCA 2018 ŁAZIENKI KRÓLEWSKIE

Zbiórka: przy wejściu od strony pomnika Chopina, od strony al. Ujazdowskich, godz.12.00
Zakończenie spaceru: przy Muzeum Łowiectwa i Jeździectwa, godz.14.00

O CZYM POWIEM: Ogólnie o Łazienkach, o Chopinie, o pomniku Henryka Sienkiewicza, o Starej Pomarańczarni, o Pałacu na Wodzie, Ogrodzie Chińskim, Podchorążówce, Pałacu Myślenickim, Amfiteatrze i Muzeum Łowiectwa i Jeździectwa.


WSTĘP WOLNY, EWENTUALNE NAPIWKI MILE WIDZIANE ;)
ANNA ART. – WARSZAWI-ANKA – WARSZAWSKA PRZEWODNICZKA
ZAPRASZAM SERDECZNIE!!!




ZAPRASZAM NA MOJĄ STRONĘ NA FACEBOOKU 

26 października 2017

Christiane F - Życie mimo wszystko

Cześć! 

W dzisiejszym poście przychodzę do Was z recenzją książki, którą przeczytałam ostatnio. Była nią "Życie mimo wszystko" - autobiografia Christiane F, słynnej narkomanki z Berlina, znanej wszystkim z wcześniejszej, słynnej już książki "My, dzieci z dworca ZOO". 




Długo nie mogłam się zdecydować, czy sięgnąć po tę książkę. Christiane F - najsłynniejsza narkomanka świata? Jakoś nie przyciąga mnie świat narkomanów. Wolę się trzymać z daleka od takich ludzi. A jednak nie mogłam. W młodości, pewnie jak wielu z nas, czytało "My, dzieci z dworca ZOO". Przrabialiśmy tą książkę w szkole. Była dodatkową lekturą, którą mogliśmy sobie wybrać spoza listy lektur obowiązkowych. Niestety, wtedy zostałam przegłosowana. Większość moich równieśników zachwycało się wtedy książkami o narkomanach. Zupełnie tego nie rozumiałam, zdecydowanie bardziej wolałam romantyczne książki typu "Ania z Zielonego Wzgórza" lub cykl Jeżycjadę albo inne ciekawsze pozycje. Ciężko mi było przebrnąć przez tę lekturę. 

Jednak teraz postanowiłam sięgnąć, już jako dojrzała osoba, po kontynuację "My, dzieci..." i wypożyczyłam z biblioteki "Życie mimo wszystko", czyli ciąg dalszy wspomnień Christiane F. Byłam ciekawa, czy udało jej się wyjść z narkotykowego bagna, czy nadal od jedzenia ważniejsza jest dla niej heroina? Czy ułożyła sobie życie? Myślę, że nie tego się spodziewałam, co przeczytałam. Myślałam, że Christiane będzie miała normalne życie, normalną rodzinę, że świat narkotyków to dawne czasy nastoletnie i już minęły. Nie znałam problemów narkotykowych nałogowców. Ale teraz poznałam. Zrozumiałam też czym dla Chris były narkotyki. Podczas, gdy my utożsamiamy sobie te substancje z trucizną, jej przynosiły ulgę w bólu i szczęście. Życie jej nie rozpieszczało od najmłodszych lat. Żyła w patologicznej rodzinie, panicznie bała się ojca, żyła w lęku i strachu we własnym domu. Z tego powodu do dziś reaguje nerwowo, gdy ktoś próbuje mówić coś do niej ostrzejszym tonem. Przyznam się, że wiem co czuła bohaterka. Miałam podobnie w swoim domu w dzieciństwie, tyle że bez przemocy fizycznej. Mnie ulgę dawało słuchanie muzyki i jedzenie słodyczy, Christiane - nakrotyki. Od słodyczy i od heroiny można się uzależnić. Wtedy, gdy jest lekiem na ból duszy. I cukier i heroina robi bardzo dużo złego w naszym organizmie. Może dlatego jakoś czytając "Życie mimo wszystko", poczułam,że coś mnie łączy z Chris. Czuła się niezrozumiana przez ludzi, nie była przestępczynią a mimo to trafiła do więzienia, odebrano jej synka Phillipa, mimo iż kochała go całym sercem. To wszystko przez narkotyki, środek który uśmierzał jej ból, tylko to jej pomagało przetrwać. I tak dziwi się, że przeżyła już 50 lat. I co dalej? Życie dla niej to tak naprawdę ciągły ból, dodatkowo jej życie uprzykrzają dziennikarze, którzy śledzą jej każdy krok, piszą o niej same najgorsze słowa. To cud,że Sonji Vukovic udało się namówić ją do zwierzeń, w wyniku czego powstała niniejsza książka. Może ludzie choć odrobinę bardziej zrozumieją, kim była i kim jest Christiane F, najsłynniejsza narkomanka świata. A może po prostu zwykła kobieta, taka jak wiele z nas, zagubiona w tym podłym życiu, szukała ukojenia od bólu, szukała szczęścia, miłości - tą miłość widać i czuć w tej książce. Do syna, do zwierząt. W tej książce udowadnia, że potrafi być wartościową kobietą, mimo swojego uzależnienia. Chciałaby, aby ludzie oceniali ją nie z zewnątrz, nie jak wygląda, ale jaka jest w środku. A jeśli kocha zwierzęta i kocha Phillipa, którego wychowała na mądrego i zaradnego chłopaka, to znaczy, że nie jest taką złą kobietą, jaką ją malują...czy też piszą media. Polecam wszystkim tę książke.

08 października 2017

Jak wyrwać się ze szponów depresji

Dzień Dobry :)

Jak to dobrze wrócić do blogowania. Ledwo napisałam swój pierwszy post (po długim czasie nieobecności tutaj), a już dziś piszę kolejny. Ten post również będzie miał na celu oczyszczenie się  wewnętrzne, takie katharsis, a jednocześnie chcę dać nadzieję tym, którzy jej potrzebują. Nadzieja jest bardzo ważna, gdy walczymy z depresją. Właśnie dziś chciałam Wam opowiedzieć o mojej walce z tą chorobą. Zapraszam do poczytania. 



POCZĄTKI DEPRESJI 

Moja choroba rozpoczęła się wiosną 2014 roku. Trochę nietypowe, prawda? Zwykle depresje miewa się jesienią, zimą. Wiosna to czas przebudzenia, szczęścia, więc i choroba mija. Dla mnie się rozpoczęła. Marzec 2014 to miesiąc o którym wolałabym nie wspominać, ale wspomnę tutaj. W tamtym miesiącu odeszli moi ukochani dziadkowie - babcia 7 marca, dziadek 25 marca :( Dodatkowo w tamtym czasie odeszła inna bliska mi osoba, przyjaciel (z którym znałam sie tylko przez internet, a jednak był bliski dla mnie). Dla niektórych ludzi utrata dziadków nie jest przyczyną tak silnej depresji. Tłumaczymy to sobie starością. Dla mnie dziadkowie byli najważniejszymi osobami w rodzinie. Spędziłam u nich dzieciństwo, każde wakacje, święta, ferie jeździłam do nich. Uwielbiałam siedzieć z dziadkiem w pokoju i słuchać opowieści dziadka z dawnych lat. Lubiłam rozmawiać z Nim o zwierzętach, o podróżach. Mój dziadek był bardzo dzielnym człowiekiem, aż do ostatnich dni życia. Zawsze pomagał, wspierał, wierzył, że uda mi się spełnić moje marzenia zawodowe i znaleźć chłopaka.  Z tym pierwszym może jakoś to będzie...gorzej ze znalezieniem chłopaka. Nawet przed samą śmiercią mi tego życzył :( Byłam z dziadkiem wyjątkowo blisko związana. Z babcią tak samo, zawsze od dzieciństwa lubiła szyć mi ubrania, sukienki. Tak, dawniej chodziłam w sukienkach, ale tylko tych uszytych przez babcię. Babcia świetnie gotowała i piekła. Pomagałam jej robić pączki, faworki na tłusty czwartek, na święta ciasta, latem kompoty i dżemy. Bardzo przyjemnie spędzało się czas w babcinej kuchni. Właśnie w dzieciństwie nie jeździłam z rodzicami nad morze, tylko zawsze do babci i dziadka. Nie mogłam sie w szkole pochwalić dalekimi podróżami, ale za to miałam wspaniałych dziadków, u których zawsze zaznawałam ciepła i miłości. 


Dlatego tak bardzo mocno przeżyłam ich odejście. Wydawało mi się, że będą żyć wiecznie. Babcia miała 89 lat, a dziadek 91. Chociaż teraz nadal czuję ich obecność przy mnie. Mam poczucie, że to dzięki Nim dalej udaje mi się spełniać marzenia i ważne cele. Choć przeżyłam 3 trudne lata. Właśnie wtedy zmagałam się z depresją. 

GDY ODECHCIEWA SIĘ ŻYĆ

Gdy minął marzec, w przez kolejne miesiące nie mogłam dojść do siebie. Ciężko funkcjonować, gdy się widziało na własne oczy jak babcia odchodzi. Przy dziadku w tej ostatniej chwili życia nie byłam. Ale ciągle mam przed oczami ich ostatnie słowa, ostatnie chwile. Oboje odeszli w nocy. Dlatego też pierwszym objawem mojej depresji był lęk przed spaniem. Bałam się zasnąć, bo bałam się że też umrę w nocy. I choć jestem z natury skowronkiem, to wtedy długo nie mogłam zasnąć. Siedziałam nieraz do późnej nocy z książką w ręku i czytałam. Czytanie pozwalało mi oderwać myśli od tych najgorszych, a skupić się na życiu bohaterów powieści. Miałam też lęk przed dźwiękiem telefonu, od czasu, kiedy ciocia przedzwoniła z informacją o odejściu dziadka :( Może dlatego teraz też często mam wyciszony telefon :( mam po prostu lęk przed tym dźwiękiem. Teraz już mniejszy, ale kiedyś był ogromny. Bałam się też wody, dlatego podczas kąpieli nalewałam sobie tylko tyle, bym mogła się umyć, a nie całą wannę. Bałam się utopić. Miałam lęk przed własną śmiercią. Rzadko wychodziłam z domu, a jeśli już to szłam do parku lub nad Wisłę, zakładałam ciemne okulary i płakałam. Odechciało mi się żyć, a jednocześnie bałam się śmierci. Wtedy tez bardzo odcięłam się od ludzi, nawet na FB nie chciało mi się z nikim pisać. Nie miałam o czym, straciłam wtedy swoją prawdziwą radość. Nie wytrzymywałam. Zamknęłam się w sobie. Nawet muzyki nie słuchałam, a to oznacza, że ze mną musiało być bardzo źle. Właśnie jedyne co mi pomagało to książki. Dzięki nim odcinałam się od swojego prawdziwego życia. 

SZUKANIE PRACY KONTRA DEPRESJA

Kiedy walczyłam z depresją, nie było mi łatwo przeżyć. Każdy dzień stawał się dla mnie trudny do pokonania. Zwykle budziłam się ok 11 godz. Każdy krok był dla mnie trudny do zrobienia. Zanim jednak wstałam, miałam koszmarne myśli. Budziłam sie i myśałam o śmierci babci i dziadka. Kiedy kładłam się spać - to samo. Wyobrażałam sobie, że leżę obok ich grobu i śpię razem z nimi :( miałam też koszmarne sny. A dodatkowo musiałam szukać pracy. Nie sądziłam, że tak trudno będzie mi ją znaleźć. Po pierwsze, dwie pierwsze prace (po studiach) jakoś łatwo znalazłam. Pierwszą była 6- miesięczna praca w Bibliotece Lekarskiej. Umowa na zastępstwo. I chociaż zapewniano mnie, że osoba, którą zastępuje, raczej nie prędko wróci do pracy, to stało się jednak inaczej. Cóż było robić - szukałam kolejnej. Po 2 miesiącach bezrobocia znalazłam staż w Zarządzie Dróg Miejskich. Tam praca bardzo mi się podobała, i chociaż nie przepadam za pracą w biurze, to tamtą wspominam najprzyjemniej. Jednak nie mogli mnie przyjąć na etat, bo miałam nieodpowiedni kierunek studiów, a potrzebowali tam kogoś kto jest po prawie lub administracji. Więc odeszłam. Kiedy właśnie zaczęłam szukać kolejnej pracy, właśnie miały miejsce smutne wydarzenia w mojej rodzinie (opisane wyżej). Mimo głębokiej depresji, aktywnie szukałam pracy. Na różne sposoby. Zarówno w internecie, jak i osobiście chodziłam/jeździłam po różnych miejscach. Próbowałam swoich sił i w biurze i w sklepach, wysyłałam swoje próbne teksty do redakcji czasopism. Niestety większości ludziom z tych redakcji nie podobały się moje teksty lub pozostały bez odpowiedzi. Zjeździłam chyba wszystkie dzielnice Warszawy, a nawet poza miastem (Łomianki), czego nie wspominam zbyt miło (złapał mnie kanar ;)). Próbowałam swoich sił w telemarketingu, ale po wstępnych szkoleniach powiedziano mi, że jestem "zbyt mało agresywna w rozmowach z klientami". Pomyślałam "ja i być agresywną? hahaha" podziękowałam po 1 dni pracy. Próbowałam nawet darmowych praktyk w sekretariacie szkoły, po których byłaby szansa na zatrudnienie. Co z tego, skoro nikt mi potem takiego nie zaproponował. Jeździłam na kolejne rozmowy kwalifikacyjne. Właśnie. Nie wiem w czym był problem. O ile 1 etap rekrutacji jakoś przechodziłam (wysyłanie CV ---> zaproszenie na rozmowę), o tyle drugi (sama rozmowa) nie kończyła się pozytywnie. Nie wiedziałam co jest nie tak. W związku z tym brałam udział w wielu szkoleniach dotyczących szukania pracy, w tym jak skutecznie przejść rozmowę kwalifikacyjną. Jeździłam na różne targi pracy. I mimo tych wszystkich szkoleń, pracy nie dostawałam. 

Zaczęłam sie zastanawiać, co jest ze mną nie tak. Wtedy pomyślałam, żeby rozpocząć wolontariat w zoo. Zwłaszcza, że bardzo mi się podobało na praktykach tam, więc chciałabym znów zajmować sie ptakami w ptasim azylu. Był to dla mnie bardzo fajny czas, w którym mogłam zapomnieć o swojej depresji. I o ile ciężko mi było wstać z łóżka i wyjść z domu, to po przekroczeniu bramy Ogrodu Zoologicznego, czułam zawsze ulgę i radość. To było dla mnie jak narkotyk. Chociaż może nie narkotyk, bo ta praca dawała mi same korzyści. Oprócz finansowych. Ale ja nie oczekiwałam tego. Wolontariat w zoo potraktowałam jako przełamanie depresji. A obcowanie ze zwierzętami było mi bardzo potrzebne. Nie od dziś wiadomo, że zwierzęta skutecznie pomagają w walce z różnymi chorobami. Ja akurat pasjonuję się ptakami, to w ptasim azylu czułam się najlepiej. Jednak po opuszczeniu zoo, depresja wracała. Brakowało mi ludzi. Brakowało mi, by z kimś pogadać. Nie przez internet, ale na żywo. Czasem jeździłam na koncerty ze znajomymi, ale to rzadko było. W Warszawie byłam sama. Kontakty się jakoś pourywały. Czasami miałam już dość tego wszystkiego. Dlatego sięgałam po książki, jak wspomniałam wyżej. 

CHCĘ ZOSTAĆ PODRÓŻNICZKA

Jedną książką, która bardzo pomogła mi "stanąć na nogi", była "Przesunąć Horyzont", Martyny Wojciechowskiej. Więcej o niej napisałam TUTAJ. Zobaczyłam, w jaki sposób Martyna siebie motywowała do życia. Do życia po wypadku, w którym zginął jej bliski przyjaciel. I wtedy, leżąc w szpitalnym łóżku, postanowiła wejść na Mount Everest. Pomyślałam, że i ja muszę podobnie myśleć. Po utracie ukochanego dziadka, który był od zawsze dla mnie wzorem do naśladowania jeśli chodzi o niepoddawanie się w życiu; nie potrafiłam wziąć się w garść sama ze sobą. Potrzebowałam drugiego człowieka. Od tamtej pory Martyna jest jedną z dwóch osób, które obecnie najbardziej motywują mnie w życiu. Choć Martyny nie znam osobiście (raz ją spotkałam tylko w empiku), ale zawdzięczam jej wiele. Pokazuje, że nie ma rzeczy niemożliwych. Kobiety również mogą być silne, powinny dążyć do swoich marzeń, nie tylko tych związanych z byciem mamą czy żoną :) By rozwijać samą siebie, mieć przestrzeń dla siebie. Po przeczytaniu tej książki, postanowiłam też zorganizować sobie taką wyprawę. A ponieważ jeszcze (wtedy) nie byłam nigdy nad morzem (dzieciństwo spędziłam u dziadków w wakacje), postanowiłam pojechać do Trójmiasta na wakacje. Zupełnie sama. Nikt o tym nie wiedział, nawet rodzina. Chciałam i potrzebowałam pobyć sama tylko z morzem. Spacerowałam sobie wtedy po plaży i płakałam. Analizowałam całe moje życie. I z każdym krokiem wtedy, poczułam większą siłę w sobie. Postanowiłam aktywniej szukać pracy, a najbardziej chciałam dążyć to tego, by tak jak Martyna być podróżniczką. Zawodowo i prywatnie. Nigdy nie jest za późno na realizację marzeń. 

"NOWA RODZĘ SIĘ"

Drugą osobą, która bardzo mnie inspirowała w ostatnich latach, to Monika Kuszyńska. Piękna kobieta, wokalistka Varius Manx. Ideał piękna, świetnie śpiewała, u szczytu kariery...i nagle wypadek, po którym już nigdy nie mogła postawić kroku. :( Bardzo ją lubiłam, od początku śpiewania w VM. I nagle wypadek. Smutne, że tak piękne osoby też mają pecha w życiu. Śledziłam jej każdy "krok" po wypadku. Krok - mam na myśli etap w życiu. Mimo bólu, jakiego doznała, potrafiła się podnieść. Wróciła do śpiewania, nawet brała udział w "Bitwie na głosy" oraz w Eurowizji. Teraz jest piękną i dzielną mamą. Co z tego, że na wózku. Monika pokazuje, że nie trzeba sie wstydzić siebie, wózek to nie przeszkoda w byciu piękną kobietą. I podobnie zaczęłam myśleć o sobie. Ja miałam inny problem. Musiałam pokonać depresję i brak pewności siebie. 

"PRZYJACIEL POTRZEBNY OD ZARAZ"

Oprócz inspiracji sławnymi osobami, bardzo pomógł mi mój przyjaciel Robert. Pewnie wiele osób wie, o kogo mi chodzi. Tak, przecież to też sławna osoba? Dla Was może i tak, dla mnie to przyjaciel. Jeszcze nigdy nie zostawił mnie w potrzebie. Był i jest zawsze ze mną. Od 7 lat znajomości. Poczułam do niego zaufanie od pierwszego maila, na który odpisał. Jedyna znana osoba, do której napisałam maila i mi odpisała. Pomyślałam, że to musi być jakiś znak ;) I sie nie pomyliłam. Szczególnie w depresji bardzo mogłam liczyć na pomoc Roberta. I nie wstydziłam sie prosić go o pomoc i wsparcie. On nigdy mi tego wsparcia nie odmówił. Zawsze pisał, że prawdziwy przyjaciel to ktoś, kto przede wszystkim rozumie a nie wymaga i że druga osoba w przyjaźni jest ważniejsza, niż my sami. Mój przyjaciel nauczył mnie ponownej walki o marzenia oraz o samą siebie. Zawsze wierzył we mnie, pomagał stawiać każdy krok nowej mnie :) Ile łez wylewałam podczas rozmów i w mailach. Mało komu się tyle wypłakałam. Dlatego chciałam choć raz, żeby zobaczył moje łzy szczęścia a nie bólu i smutku :) I tak było niedawno po moim zwycięstwie w Melodii. Dziękuję, że jesteś zawsze ze mną. Dziś jestem już inną osobą niż np rok temu. Wiele nad sobą pracowałam, by osiągnąć to, co osiągnęłam. Jednak bez pomocy przyjaciela nie dałabym rady. 

KILKA RAD DLA WAS

W powyższych słowach opisałam swój problem, swoją depresję. Teraz chcę napisać kilka rad, co zrobić w depresji. A wiem, jak ciężką chorobą jest. 

1. NIE BÓJ SIĘ PROSIĆ O POMOC - wiem, że to jest trudne, czasem nie umiemy wykonać tego kroku. Nie zawsze mamy przy sobie takich ludzi. Ale jeśli ktoś ma osobę, której ufa - nie bójmy się prosić o pomoc. Szczególnie w depresji. To ważne. Wsparcie drugiego człowieka jest na wagę złota. Powinniśmy móc się komuś wygadać. Jeśli jednak nie ma takiej osoby przy nas, poszukajmy jej w internecie. Dziś możemy poznać człowieka z drugiego krańca świata nie wychodząc nawet z domu. Może gdzieś tam czeka na was przyjaciel i jego pomocna dłoń. 

2. ZWIERZĘTO-TERAPIA - w depresji ważny jest nie tylko kontakt z drugim człowiekiem. Zwierzęta też mogą pomóc. Wystarczy krótka chwila pieszczot z psem czy kotem i już czujemy się lepiej. Zwierzęta dają nam ciepło, miłość, poczucie bezpieczeństwa. Owszem, nie tylko psy i koty.Inne zwierzęta też mogą nam pomóc - konie, gryzonie, króliki, czy nawet ptaki. Nawet rybki mogą pomóc ;), co prawda ich nie możemy dotknąć, ale samo patrzenie na akwarium i pływające w nim stworzonka działa na nas uspokajająco. Gdy nie mamy własnych zwierząt, przejdźmy się do ZOO. Zawsze tam są też i takie, które można pogłaskać - koziołki, osiołki czy owieczki ;) takie mini zoo. Głaskanie bardzo pomaga. Również samo patrzenie na lwy, słonie, pantery czy kangury wywołuje u nas radość ;)

3. HOBBY - PASJA -  podczas depresji ważne jest by móc jak najczęściej odrywać się od złych myśli. Jednym z najskuteczniejszych sposobów jest nasze hobby. Każdy z nas ma jakieś zainteresowania. Nawet takie domowe, czytanie książek, muzyka, robótki ręczne, szachy, czy inne sposoby. Zajmując się tym, co lubimy, za każdym razem jesteśmy odrobinę silniejsi w walce z depresją. 

4. PODRÓŻ -  ma wielkie znaczenie, w depresji również. Chodzi mi o taką podróż, która będzie dla nas przyjemnością. W takie miejsce, w którym czujemy sie dobrze, albo w którym jeszcze nie byliśmy. By poczuć inny klimat, innych ludzi, albo pobyć samemu ze sobą, ale w innym otoczeniu. Jedni wolą góry, inni morze. Każdy musi wybrać sam. Po to, by nabrać sił. To pomaga. Uwierzycie w siebie. Skoro w depresji udało się wam dotrzeć to tego miejsca, to postawienie kolejnego kroku w walce z chorobą będzie łatwiejsze. Wiem coś o tym :)

5. MOTYWACJA - bardzo ważna jest motywacja. Gdy odechciewa nam sie żyć, dużo czasu zajmuje nam myślenie o życiu. Najczęściej o tych złych jego aspektach. Zapominamy o wszystkim, co dobre. Zamazujemy pozytywne wspomnienia. A takie też były w życiu. Podczas, gdy ja smuciłam się po urtacie dziadków...z czasem zaczęłam przywoływać wspomnienia z nimi. Wspólne święta, opowieści, wspólne oglądanie Melodii w dzieciństwie. Jakoś te wspomnienia bardzo krzepiące były. Ale nie zapominajmy tez o naszym obecnym życiu i  starajmy sie żyć tym, co w przyszłości. Mamy dla kogo żyć. Ludziom, którzy mają dzieci czy miłość (chłopaka/dziewczynę czy żonę/męża) łatwiej wrócić do siebie, niż takim samotnym duszom, jak ja. Macie dla kogo żyć. Ja nie miałam. Ale wtedy zaczęłam myśleć, że nikt za mnie życia nie przeżyje. To nic, że sama. Ale mam przyjaciela. Z jego towarzystwem nigdy nie czuję sie tak zupełnie sama. 

Długo bym tak mogła jeszcze pisać. Pewnie chaotycznie to wyszło, co napisałam. Mam nadzieję, że zrozumiecie intencje moich słów. Jakby ktoś potrzebował pomocy i wparcia, to możecie śmiało pisać :) Pozdrawiam, do następnego postu. 

06 października 2017

Tajemnice mojego sukcesu w Jaka to melodia?

Witam! 



Dawno, bardzo dawno mnie tu nie było. Przyznaję się bez bicia, że nie miałam weny twórczej do pisania, nawet książki, którą zaczęłam pisać, publikowałam tu kilka rozdziałów, chwilowo przestałam. Nie bez powodu. Przez ostatnie miesiące poświęcałam się tylko jednemu - chciałam odnieść sukces, wygrać w programie Jaka to melodia?, który od wielu lat jest moją pasją. Mogę śmiało powiedzieć, podkreślić, że było moje takie marzenie marzeń. Coś największego, a zarazem najtrudniejszego w spełnieniu jego. Dziś chciałabym opowiedzieć, co dokładnie zrobiłam, by osiągnąć to, co tak bardzo chciałam od 20 lat, tak, dokładnie tyle, ile istnieje program. Jednocześnie chcę dać Wam kilka porad o tym, jak się nie poddawać. Każdy z Was może sięgnąć po najodważniejsze marzenia, trzeba tylko chcieć i ani przez chwilę się nie poddać. Ten post kieruję głównie do moich znajomych, którzy wiedzą, jak bardzo chciałam osiągnąć to, co osiągnęłam. Ale też do osób, które być może przypadkowo tu weszły i szukają natchnienia do dalszego życia. 


POCZĄTEK MARZENIA

Odkąd zaczęłam oglądać Melodię, a było to dokładnie wtedy, kiedy program rozpoczął swoje istnienie...nie wiem w którym dokładnie to było dniu, ale 1997 rok pamiętam. Miałam wtedy 10 lat. Przychodziłam ze szkoły do domu, odrabiałam lekcje a po nich mogłam oglądać TV (nigdy odwrotnie ;)) czyli własnie Melodię a potem Dobranockę. Zawsze była to moja ulubiona pora dnia, taki relaks po całym dniu. Jak jeździłam w odwiedziny do babci i dziadka, to z dziadkiem oglądałam Melodię. Wtedy podziwiałam ludzi, którzy brali udział w programie i znali te wszystkie piosenki, o których ja wtedy nie miałam pojęcia. Wówczas jedynymi piosenkami jakie kojarzyłam były melodie Majki Jeżowskiej czy inne dziecięce. ;) Taki beztroski czas, ale jestem wdzięczna, że Melodia stopniowo ukształtowała mój gust muzyczny. Oprócz samej gry, bardzo lubiłam wsłuchiwać się w przepiękny głos Roberta, gdy śpiewał wszystkie piosenki w programie. Od zawsze jego głos budził we mnie ciepłe uczucia, bardzo przyjemnie sie słuchało. Wtedy pomyślałam, że "szkoda, że jestem za mała, by wziąć w nim udział. Chciałabym usłyszeć jak Robert śpiewa" ;) Tak, i to jest prawda. Najbardziej, co mnie przyciągnęło do programu to chęć poznania prowadzącego. Bardzo Cię serdecznie pozdrawiam, Robert, jeśli to czytasz ;) Wtedy nie sądziłam,że moje słowa kiedyś się spełnia. A nawet więcej, że będziesz moim przyjacielem i zmienisz moje życie o 180 stopni. Dziękuję za pomoc we wszystkim i wielkie wsparcie w życiu, jakiego nigdy nie otrzymałam od innych ludzi. 

Wracając to moich początków marzeń o występowaniu w Melodii...kolejnym bodźcem, który nakręcał mnie do tego marzenia, byli ludzie, którzy mi dokuczali i źle życzyli w życiu. Nie będe podawać kto to był, ale niestety życie nie należy do łatwych, kiedy znikąd nie ma się wsparcia w swoich marzeniach. Nie w każdej rodzinie rodzice rozumieją dziecięce marzenia. Generalnie zawsze musiałam być sama, mierzyć się z tym, by zawsze pozostać sobą, mimo wielu ograniczeń kiedyś. Dodatkowo szkolne czasy też nie były łatwe. Zwykle odstawałam od rówieśników, byłam nieśmiała, czułam się sama..mało kto chciał się ze mną przyjaźnić. Nie miałam komu się zwierzać ze swoich smutków rodzinnych. A dodatkowo nie miałam nikogo bliskiego z zewnątrz. Zamknęłam sie w sobie jeszcze bardziej...ale wtedy jeszcze bardziej otworzyłam sie na muzykę. Tak, jedynymi rzeczami, które mnie wtedy pocieszały, było słuchanie Bajmu, oglądanie Melodii i nauka biologii oraz czytanie o podróżach. Tylko wtedy czułam wolność i szczęście, choć mało kto o tym wie. I właśnie wtedy pomyślałam o tym, że chciałabym kiedyś występować w telewizji, że będe na tyle odważna, pokonam tremę, nieśmiałość i swoje kompleksy. Ludzie, którzy mnie nie znosili i rodzina, w końcu zobaczą, ile jestem warta. Miałam niskie poczucie wartości, ale też nie było ono bez powodu. Czułam, że może dzięki Melodii albo sympatii do Bajmu coś ważnego osiągnę dzięki temu. Zawsze marzyłam o poznaniu Roberta albo Beaty. To ludzie, jedyni, którzy wtedy wiele zmienili w moim życiu, choć wtedy ich nie znałam. Swoimi piosenkami i ciepłem głosów dodawali mi sił, przy nich płakałam codziennie wieczorami. Dlatego są tak dla mnie ważni. Wspaniale było rok temu wystąpić w odcinku, w którym mogłam w jednym miejscu i czasie spotkać ich obydwoje <3 Dziękuje za tamte magiczne chwile. 



DĄŻENIE DO GŁÓWNEJ WYGRANEJ 

Życie przyniosło mi w ostatnich latach dużo niespodzianek. Od kilku lat mam przyjemność być związana z Melodią. Początkowo przyjaciółka zachęciła mnie do tego, żebyśmy przychodziły na publiczność Jaka to melodia? W końcu to nasz ulubiony program. Mogłam w nim poznać ulubionego prowadzącego ;) i wtedy nie sądziłam, że nasza znajomość tak pięknie się rozwinie. Życie jednak jest magią. Jednak po 2 latach oklaskiwania innych zawodników przyszła chęć, żeby samemu stanąć na stanowisku zawodnika i odgadywać piosenki. Siedząc na widowni i słysząc piosenki, prawie wszystkie melodie były dla mnie łatwe do odgadnięcia....ale kiedy przyszło do mojego pierwszego odcinka...wyszłam z przysłowiowym zerem. Po prostu pokonała mnie trema i stres. Łatwe piosenki okazały sie być wtedy za trudne. Jednak od tamtej pory zaczęłam się przygotowywać do programu. Zapisywałam piosenki do zeszytu i słuchałam bardzo dużo muzyki. Rok później całkiem dobrze udało mi się zagrać. W dwóch odcinkach, w pierwszym doszłam do finału, ale odgadłam tylko 3 piosenki. W drugim poszło znacznie gorzej, ale za to mogłam poznać osoby, z którymi się zaprzyjaźniłam. Zaczęłam wtedy jeszcze bardziej podziwiać osoby, które są w stanie znać wszystkie piosenki i do tego mają błyskawiczny refleks. Brakowało mi tych cech. No i oczywiście trema nadal była. Poczułam, że gdybym się postarała, może będzie lepiej. Na kolejny rok również uczyłam się długo, już od stycznia 2015, by po wakacjach być już dobrze nauczoną. Nie poszło mi najgorzej, być w 3 rundzie to też dla mnie sukces. Ale mimo to byłam rozczarowana sobą. Za mało sie przyłożyłam, ale już o wiele swobodniej czułam sie przed kamerą, a najbardziej odstresowuje mnie rozmowa z prowadzącym ;) To mój ulubiony element odcinka. Wtedy postanowiłam sie jeszcze bardziej zawiąść w sobie i pouczyć się tak, by umieć jak najwięcej piosenek oraz walczyć z tremą. Rok 2016 przyniósł mi piękną niespodziankę w postaci pięknego odcinka specjalnego z ulubioną piosenkarką Beatą Kozidrak. Byłam ogromnie szczęśliwa, że to właśnie mnie wybrano do tego odcinka. I choć nie byłam na imponującej ilości koncertów Bajmu (tylko 10, jak na razie), ale wtedy dużo osób mnie nazywało największą fanką Beaty, choć nie czułam sie taka. Owszem kocham ją i jej piosenki, ale znam osoby, które są o wiele większymi fanami Beaty. Zjeździli całą Polskę, mają na koncie z 40 czy 50 koncertów. Ja nigdy nie miałam tyle kasy, by pojechać na tyle koncertów. Ale każdą piosenkę Bajmu znałam na pamięć, bo wiele z nich uratowało moje życie, były dla mnie jak najlepszy psycholog, a Beata najlepszą przyjaciółką. I pomyślałam, że ten odcinek potraktuję symbolicznie, chciałam podziękować Beatce za wszystko, co jej zawdzięczam w życiu. A zawdzięczam to, że nauczyłam sie nie poddawać. Tego samego Robert mnie nauczył ;) I wtedy Beacie powiedziałam (miałam wówczas bardzo trudnego rywala, który wciskał przycisk z prędkością światła. Podziwiam ;)), że pieniądze nie są w tym programie najważniejsze, ale chwile, które przeżywamy. Byłam szczęśliwa, kiedy Beatka potwierdziła moje słowa. Nie jestem z tą myślą sama. Ale jednocześnie zrozumiałam,że sama siebie trochę okłamałam. Bo bardzo chciałam wygrać w Melodii. Choc raz usłyszeć fanfary i od Roberta magiczne słowo "wygrałaś". Marzyłam o tym też, by po tej wygranej Robert był ze mnie dumny. Tak, przyznam szczerze, że uznanie w oczach Beaty i Roberta to dla mnie coś ważnego. Bo wiele zawdzięczam tym ludziom. I wtedy pomyślałam, że zrobię wszystko, by na kolejny rok wygrać. Właśnie dla tych magicznych chwil i słów, nie dla samej kasy, choć to bardzo mi pomoże w kolejnych marzeniach, np kurs pilota wycieczek, kurs angielskiego, podróże zagraniczne <3 



MOJA METAMORFOZA

Kiedy spełniło się moje marzenie o odcinku specjalnym, zaczęłam snuć nowe plany na nowy rok. Obok zdobycia licencji przewodnika po Warszawie, marzyłam o wygranej. Jednak chciałam zrobić w tym roku coś jeszcze, a że właśnie w 2017 ukończyłam 30 lat, a jednocześnie mój ulubiony program końcu 20 lat, pomyślałam, że muszę coś zrobić z tych dwóch okazji. Żeby właśnie kolejny rok z "7" na końcu znów był szczęśliwy :) Zaczęłam od tego, że zapisałam się na siłownię. Chciałam coś zrobić dla siebie, dla swojego ciała. Pomyślałam, że zacznę przemianę od mojego wnętrza. Zauważyłam, że im więcej się ruszam, tym silniejsza się czuję. I to nie tylko siła mięśni, ale też siła wewnętrzna. Zobaczyłam,że siłownia daje mi nie tylko siłę, ale również radość. Taki rodzaj wysiłku bardzo dobrze na mnie działa. Od tamtej pory regularnie ćwiczę, traktuję to jako relaks. Im więcej się spocę na siłce, tym szczęśliwsza się czuję. Potem, wraz z wiosną postanowiłam zadbać o swój nowy wizerunek, kupić jakieś nowe ubrania, zacząć się malować, zadbać o włosy. Mniej więcej w tym samym czasie, na kursie przewodnika (oprócz zdobycia wiedzy o moim mieście) walczyłam też z tremą. W ogóle pierwsze trzy miesiące tego roku spędziłam na jednej "gonitwie" między pracą, kursami (wycieczki, wykłady) oraz siłownia wieczorami. Później, kiedy skończyła mi sie umowa w pracy, postanowiłam kolejne miesiące poświęcić na dokończenie metamorfozy oraz naukę piosenek do Melodii (a wcześniej na naukę do egzaminu na przewodnika, który był w czerwcu). Poświęciłam dużo. Pomyślałam, że "teraz albo nigdy". Postawiłam wszystko na jedną kartę. W tym celu słuchałam wielu motywujących piosenek np "Tamta dziewczyna" Sylwii Grzeszczak bardzo była dla mnie motywująca. Chciałam sie pokazać ludziom z innej strony. Ze strony zwyciężczyni. A także wiele innych np Michała Szpaka "Jesteś bohaterem", "Byle być sobą" i "Color of your life". Chciałam też tak jak Michał na Eurowizji osiągnąć sukces. Co prawda jej nie wygrał, ale zajął wysokie miejsce i zyskał uznanie ludzi. Pomagały mi też w tym piosenki Bajmu, a jakże i Feela "Pokonaj siebie", "Pokaż na co Cię stać", Dody "Nie daj się", "Szansa" i wiele innych. Od zawsze siłę czerpałam z muzyki. Kocham tą siłę, chciałam też pokazać, ze posiadam wiedzę muzyczną, tylko w parze z tremą było to niemożliwe ;) 
Mniej więcej od lipca zaczęłam jeszcze intensywniejszą pracę nad sobą. Wtedy jednak pojawiła sie plotka o tym, że Melodii już może nie być, a przynajmniej nie w takiej formie, jak do tej pory. Straszyli, że nie bedzie Roberta jako prowadzącego. Nie chciało mi się w to wierzyć, ale zaczęłam myślec, że może nie jest mi dane wygrać w programie. Jednak, gdy potwierdziło się, że program będzie dalej taki, jaki był, to poświęciłam sie juz tylko jednemu celowi. Wszystko inne poszło na dalszy plan. Włożyłam w to naprawdę całą siebie. Każdą swoją komórkę mojego ciała. Dosłownie, nad refleksem pracowałam na siłowni. Na ćwiczenia  mięśni rąk poświęciłam więcej czasu niż na ćwiczenia odchudzające, więc pewnie dlatego, jeszcze nie ma imponującego efektu mojej figury, ale cóż. Wygrana była silniejszym bodźcem. Do tego od rana do nocy słuchałam muzyki, a to w internecie, w radiu, w tv. Wszystko sobie zapisywałam. Czułam, że to jest ten moment. Taki kulminacyjny mojej przemiany. Chciałam, żeby nastąpił on właśnie w moim ulubionym programie z moim ulubionym prowadzącym i przyjacielem w jednym ;) 



ZWYCIĘŻYĆ NAPRAWDĘ CHOĆ RAZ

Nie umiem opisać Wam samego przebiegu moich odcinków, a było ich aż 3, w tym jeden zwycięski. Próbowałam zebrać słowa, ale się nie da. Może moje zdjęcia pokażą więcej. Z resztą, ci co widzieli to wiedzą, jak było. Moge opisać jak teraz się czuję...a przyznam, że czuję sie...dziwnie...nigdy nie miałam takiego uczucia w sercu. Zawsze czułam sie przegrana, nie mam super życia, jak inni. Super chłopaka, nigdy nie wyjechałam na wakacje do Grecji czy Hiszpanii, spędzam je w pięknej Polsce, moje życie zawodowe jeszcze się nie ułożyło. Mam wiele rzeczy do naprawy. Ale jestem dumna z siebie, że dałam radę. Po nagraniu cały dzień płakałam, dosłownie. Nie umiałam się uspokoić. To było naprawdę marzenie marzeń. Pokonałam siebie i pokazałam na co mnie stać. Zwyciężyłam naprawdę choć raz i czuję i wiem, że życie piękne jest i wszystko się może zdarzyć, gdy głowa pełna marzeń. Czego i Wam wszystkim życzę <3 Pozdrawiam.


26 maja 2017

RODZIAŁ 11

CZĘŚĆ II – KILKA MIESIĘCY PÓŹNIEJ




Rozdział 11

Tomasz i Sandra skończyli właśnie próbę do nowego przedstawienia w Teatrze Syrena. Spektakl pt „ Love and Italy” opowiadał o wielkiej miłości dwojga ludzi. On – Marcus – był zawodowym piłkarzem. Ona – Julia – była projektantką mody. Cała akcja toczy się w Wenecji – mieście zakochanych. Tam się poznali podczas wakacji. I tam postanowili zamieszkać, choć oboje pochodzili z dwóch różnych części słonecznej Italii. Marcus z małej wioski na Sycylii, a Julia z bogatej rodziny mieszkającej w Rzymie. Oboje uznawali, że Wenecja to najpiękniejsze miasto na Ziemi, miejsce, gdzie spełniają się marzenia o wielkiej miłości.
Był to spektakl, do którego Tomasz napisał scenariusz. Od kiedy Marek, dyrygent teatralny, pozwolił mu przychodzić na próby, młody chłopak mógł czerpać wiedzę i inspirację do swoich scenariuszy. Był zachwycony wysokim poziomem gdy aktorskiej ludzi, którzy tu pracują. Pomyślał, że mógłby napisać próbny scenariusz do wystawienia na deskach tego teatru. Pisał go dniami i nocami, na wykładach i w kawiarni. Do późnych godzin nocnych opracowywał swoje teksty. Rozpisał nawet dialogi postaci trzecioplanowych.
Gdy skończył pisać, przyszedł z gotowym scenariuszem do domu Marka i Sandry.
- Panie Marku, może zechciałby pan rzucić okiem na moje dzieło? – zaproponował Tomasz
- A cóż to ram napisałeś? – zapytał dyrygent
- Proszę przeczytać i ocenić. Za dwa dni przyjdę na próbę, to mi pan odda.

DWA DNI PÓŹNIEJ

Tomek wyszedł prędko z domu i popędził na siłownię. Wcześniej wstąpił do kwiaciarni, kupił bukiet świeżych tulipanów dla ukochanej Sandry. Gdy spotkali się na siłowni, dziewczyna była zaskoczona pachnącym prezentem.
- Dziękuję, Tomeczku! – powiedziała Sandra, która natychmiast odwdzięczyła się mu słodkim buziakiem.
Tomasz i Sandra byli razem od kilku miesięcy. Oboje bardzo do siebie pasowali. Mięli wspólne pasje. I choć Sandra nie przepadała za śpiewaniem, ale za to lubiła grę aktorską. Zawsze chciała być jedną z aktorek w teatrze. Razem czuli się ze sobą bardzo dobrze, spotykali się prawie codziennie. Jak nie w teatrze, to w klubie sportowym, albo w kawiarni, w której pracowała Sandra.
Sandra była bardzo zadowolona ze swojej pracy. „Kawiarnia to jest to, co lubię. Kontakt z ludźmi, przyjazna atmosfera i karta zniżkowa dla pracowników”, cieszyła się dziewczyna. Nie zarabiała dużo, ale jakieś swoje pierwsze pieniądze miała. Odkładała je skrupulatnie na swoją pierwszą podróż zagraniczną. Swoją i Tomka. Wyjechali razem na kilka dni do Włoch. Tam byli bardzo szczęśliwi. Ich radość połączona z włoskimi promieniami słońca i ciepłymi wodami Morza Śródziemnego dała oszałamiający efekt. W tym czasie Tomek napisał kolejny scenariusz. Tym razem nie pokazał go Markowi. Zrobiła to za niego Sandra, a właściwie w tajemnicy przed nim, po powrocie z Włoch. Tata Sandry przeczytał go kilkukrotnie i wykrzyknął:
- To musi być nasz następny spektakl! To jest genialny scenariusz!
- Mówiłam, że Tomek to zdolny chłopak. – mówiła dziewczyna
- Córeczko, porozmawiam z dyrektorem i wtedy powiemy Tomkowi o naszej niespodziance – mówił Marek.

Tymczasem Tomek w domu rozpaczliwie szukał swojego scenariusza. Przeszukał wszystkie zakamarki swojego pokoju, a nawet u rodziców. „Gdzie mógł się podziać?”, zastanawiał się. „Zostawiłem go wczoraj na biurku, gdy przyszła Sandra. Tak, Sandra mogła go wziąć”
I wtedy wyciągnął komórkę:
- Cześć Słoneczko, czy nie widziałaś przypadkiem mojego scenariusza z Włoch? – zapytał
- Cześć Tomuś! Jak chcesz poznać odpowiedź to musisz do nas przyjść. – powiedziała Sandra.
Chłopak czym prędzej włożył na nogi ulubione trampki i pomknął na Puławską, gdzie mieszkała jego ukochana z ojcem. Niestety nikt nie otwierał mu drzwi, gdy zadzwonił na domofon. Gdy wychodziła z bloku jakaś kobiecina, wszedł do środka i pojechał windą na 4 piętro. Gdy podszedł pod dom nr 77, przywitała go głucha cisza. Wtedy jeszcze raz zadzwonił do Sandry.
- Halo? Gdzie jesteś? – powiedział do telefonu
- A gdzie Ty jesteś? – zapytała Sandi
- No pod Twoim domem. Chcę mój scenariusz. – niecierpliwił się Tomasz
- Hahahahaha – zaśmiała się dziewczyna
- Co w tym śmiesznego?
- Ach Ty głuptasie! Chyba nie zapomniałeś o dzisiejszej próbie? – zapytała
- No…nie… ale powiedziałaś „przyjdź do nas”, myślałem, że chodzi Ci o Twój dom.
- Jak rozmawiałeś wcześniej ze mną, to byłam w domu. Owszem. Ale teraz mamy próbę.
- Skąd miałem wiedzieć, że dziś też jest próba. Nikt mnie nie poinformował? – żalił się Tomcio
- Oczywiście! Do nowego spektaklu.
- Jakiego znowu spektaklu? – zdziwił się Tomek
-To jak, będziesz tak marudzić, czy chcesz swój scenariusz? – Sandra uwielbiała się z nim droczyć.
- No… chcę.
- Ach Tomuś, Tomuś! Ktoś mi tu wygląda na zakochanego! – ciągnęła dalej dziewczyna
- A wiesz, że to możliwe. – uśmiechnął się Tomek
- To wsiadaj w tramwaj i przyjeżdżaj do Syrenki.

Gdy Tomek przyjechał do teatru, nie spodziewał się niespodzianki. Nie aż takiej. Nie miał przecież tego dnia urodzin.
- Zagramy dziś Twoją sztukę, Tomaszu! – przywitał go Marek
- Ten scenariusz jest genialny – dodał Filip, scenarzysta
- Musisz w nim zagrać główną rolę – dodali razem Marek i Sandra.

Tomasz nie wiedział, co powiedzieć. Nawet nie przypuszczał, że sprawy tak się potoczą. Jego prawdziwe marzenia są coraz bliżej ich realizacji. „To wszystko dzięki Sandrze, będę musiał się jej jakoś odwdzięczyć”, myślał.
- Możesz mi się odwdzięczyć w postaci wypadu do kina, co Ty na to? – mówiła Sandra
- Matko jedyna! Czy Ty umiesz czytać w cudzych myślach? – zdziwił się Tomasz
- W Twoich na pewno! – odrzekła Sandi.

I poszli razem do kina. 

25 maja 2017

Rozdział 10

ROZDZIAŁ 10




Kasia leżała na łóżku w swoim pokoju i płakała. Płakała nad swoim losem. „Czemu moje życie nie jest takie, jak Natki? Ona ma wszystko, szczęśliwą rodzinę, pieniądze, a teraz wyjechała do Warszawy. I nawet ma chłopaka”, myślała. Szkoda tylko, że zapomniała, że ma przyjaciółkę. Przestała dzwonić. Mogła oglądać tylko jej zdjęcia na Facebooku. Wszędzie razem „Natka i Adaś”, tak zawsze się podpisują na zdjęciach. „A ze mną nie wrzuciła żadnych, a przecież tyle lat spędziłyśmy razem…”, płakała Kasia.
- Dlaczego ja nie mogę pojechać do Warszawy? – pytała sama z siebie
Wcześniej myślała nad swoim planem małej ucieczki do stolicy. Nie będzie jej tylko kilka dni, chciałaby zapoznać się z warszawskim wielkomiejskim życiem i wróci. Tylko na chwilę. Wcześniej myślała, żeby odwiedzić Natalię, ale chwilowo ich relacja nie była w najlepszej kondycji. Wymyśliła, że powie mamie, że odwiedzi przyjaciółkę, chociaż to będzie kłamstwo. Dzięki temu łatwiej jej będzie wyrwać się z domu. „Tylko kto pomoże mamie w gospodarstwie”, zastanawiała się Kasia.
Sylwia i Magda Kwiatkowskie były bliźniaczkami. Trudno było je odróżnić, gdyby nie inne ubrania, to nikt by ich nie rozpoznał.
- Nie rozumiem, czemu bliźnięta ubierają się zawsze tak samo – mówiła Sylwia do siostry
- Cześć dziewczyny! – przywitała się z nimi Kasia.
- Hello! – odpowiedziały siostry
Sylwia i Magda były koleżankami Kasi. Śpiewały razem z nią w chórze kościelnym.
- Do mszy zostało jeszcze 20 minut. Chodźmy na zewnątrz, muszę Wam coś powiedzieć – powiedziała Kasia do dziewczyn.
- Co takiego? – i popędziły za Kasią na kościelne podwórko
Kasia opowiedziała im o swoim planie. Poprosiła o pomoc siostry przy domowych obowiązkach, podczas gdy jej nie będzie na wsi.
- Bez problemu, Kaśka! – mówiła Magda
- Damy radę – zawtórowała jej bliźniaczka
- Jest nas dwie. Kto, jak nie my, może Ci pomóc. Możesz na nas liczyć.
- Dziękuję. Dobrze wiedziałam, kogo prosić. – uśmiechnęła się Kasia.
Tylko jak powiedzieć o tym mamie?

Gdy po mszy poszły razem do domu Kasi, jej matki nie zastały w domu. Siedziała sobie na werandzie i popijając herbatkę, miło gawędziła z sąsiadką Wandą.
- No, ale chyba należy się jej trochę wolnego czasu… - mówiła Wanda do Anny
- Nie ma mowy, Kaśka musi pracować. Tu jest jej miejsce – odpowiedziała.
- Jest już dorosła. Pozwól jej na to. Na odrobinę wolności – radziła sąsiadka.
- Właśnie! Dlatego praca – to jest dorosłość. Nie obijanie się!!! – warknęła Anna
- Może Ty choć odrobinę popracuj, dla odmiany. Tylko leżysz i leżysz. Narzekasz na swoją córkę, a przecież robi, co może. Spójrz na swoje dziecko uważniej. Ona chce być szczęśliwa, tak, jak inne koleżanki – mówiła Wanda.
- Ja też chciałam być szczęśliwa. Myślałam, że Warszawa da mi szczęście i spełnienie… ale – i w tym momencie Anna zaczęła płakać. Zdarzyło się to chyba pierwszy raz od bardzo dawna. 
 - Mamo! – wykrzyczała Kasia
- Pani Aniu – dodały siostry bliźniaczki
I wszystkie trzy zaczęły tulić Annę z całych sił. Gdy się uspokoiła i wyżaliła wszystkim tu obecnym… wtedy jakby wielki głaz spadł z jej serca. Dawno nie płakała. A teraz poczuła ulgę. Jej wszystkie złe i przykre wspomnienia z dawnego życia jakby w jednej chwili odeszły...przestały sprawiać ból. Anna w milczeniu przeżywała wszystko, potrzebowała chyba wypłakać się wreszcie ze wszystkiego, co złe było w jej życiu. 

Anna wyraziła zgodę na wyjazd córki do Warszawy. Na kilka dni. Sylwia i Magda oraz Wanda obiecały jej pomagać. A tym samym Kasia miała tydzień wolnego czasu. Tydzień tylko dla siebie. „Cały tydzień tylko dla siebie, kocham Cię Warszawo, już do Ciebie jadę”, myślała uradowana Kasia.

Kaśka w życiu nie była bardziej szczęśliwa. Zaczęła się pakować i szukać odpowiedniego miejsca na nocleg. Zapisała sobie wszystkie miejsca, jakie chciałaby odwiedzić w stolicy. Jej marzenie nareszcie się spełni. Choć tylko na krótko, ale zawsze coś.

I tak Kasia na drugi dzień pojechała rowerem do Nowego Miasta. Tam zostawiła swój pojazd i przesiadła się do busa, który zawiózł ją prosto do Warszawy. „Stolica będzie moja! Przez kilka dni oczywiście…”, myślała, wreszcie szczęśliwa, Kasia. 

Rozdział 14

RODZIAŁ 14 Tego dnia Marek bardziej niż wściekły. Szedł prędkim krokiem w stronę gabinetu dyrektora. - Panie Dyrektorze – zaczął - Słuch...