19 kwietnia 2017

MOJE PORADY NA ZMIANY

Cześć Kochani! 

Co u Was słychać? Jak tam Wasze noworoczne postanowienia? Czy coś Wam się udało już osiągnąć? Piszcie w komentarzach. 

Ja jestem w trakcie 4 miesiąca mojej metamorfozy. Właściwie zmiany zaczęłam jeszcze w grudniu, ale możnaby to nazwać tylko "rozgrzewką" do właściwej gry, czyli mojej metamorfozy. 



Co rozumiem pod pojęciem "moja metamorfoza"? 

Jest to chęć zmian, w różnych "dziedzinach" mojej osoby, które mają spowodować, że stanę się "Nową Sobą" :) Co dokładnie chcę w sobie zmienić?: 

  1. Zmiana wyglądu - pod względem figury i lepszej kondycji 
  2. Zmiana wyglądu - pod względem ubioru, makijażu, włosów, dbanie o swój wygląd
  3. Zmiana charakteru - mniej przeżywać wszystko, być twarda i niezłomna, być silna psychicznie, być pewną siebie i swojego zdania i swoich poglądów
  4. Nie bać się ludzi, mówić do ludzi, do kamery, do przyszłych turystów
  5. BYĆ SZCZĘŚLIWĄ I ZNALEŹĆ PRAWDZIWĄ MIŁOŚĆ 
Ta ostatnia pozycja, to właściwie nie jest etapem metamorfozy, ile tym, co chciałabym osiągnąć, dzięki moim zmianom. Nie czuję się szczęśliwa w "mojej obecnej siebie". Próbowałam wiele razy polubić siebie, zaakceptować...moje ciało, moje włosy, mój wygląd, jak się ubieram, mój emocjonalny charakter. Cała "dawna ja" to tak naprawdę skutek wielu przeżyć, które rzutowały na mnie różne trudne dla mnie wydarzenia. 
Chciałabym, mając już 30-stkę na karku, wejść w nową skórę jakby, poczuć, że we mnie rodzi się nowa ja..."Nowy Ty...Nowa Ja...wszystko zdarzy się jeszcze raz...poznać się raz jeszcze"....tak śpiewała Sylwia Grzeszczak. Ja bym chciała poznać się na nowo...z samą sobą :) Z taką Anią, o której zawsze marzyłam, żeby być, żeby się stać... 

Dzisiaj przychodzę do Was z poradami dla tych, którzy się jeszcze wahają nad jakąś zmianą w swoim życiu. Nie musi to być zmiana wszystkiego, jak u mnie. Są ludzie, którzy potrzebują tylko jakiejś jednej zmiany. Jednak każda zmiana ma swoje początki, w których mamy wiele wątpliwości. Chciałabym Wam te wątpliwości rozwiać.





3 KROKI DO ZMIANY SIEBIE

1. KAŻDĄ ZMIANĘ ZACZNIJ OD SAMEJ SIEBIE/SAMEGO SIEBIE!!! 

Masz już pomysł, co dokładnie chcesz zrobić. Założyłeś sobie np. "schudnę 10 kg do wakacji". Brawo! To już jest sukces. Masz w głowie jakiś plan, jakiś pomysł na siebie! Pomyśl, że są osoby, które nawet tego nie mają...mówią "będzie, co będzie". A Ty postawiłeś sobie poprzeczkę. Ludzie muszą od siebie wymagać, nawet gdyby inni od nas nie wymagali...tak mówił Papież Jan Paweł II i miał rację. Mało tego, to my sami przede wszystkim musimy wymagać od samych siebie. Jest wiele osób, które mogą Ci mówić: "jesteś za gruba!!!", "jak Ty możesz żyć z tym sadłem?", "Ty??? Jesz chipsy???", uwierzcie mi takie słowa wcale nie pomagają ani nie motywują. Wtedy je się jeszcze bardziej. Bo zajada się stres. Musimy to my sami zacząć się odchudzać. U mnie tym krytycznym momentem była wizyta u lekarza, na której mnie ważyła pani doktor i przekroczyłam 80kg..waga, której nigdy nie chciałam przekroczyć. I to było dla mnie motywacją silniejszą niż wszystkie inne opinie ludzi. Pomijam poradę lekarza, ale sama liczba "80kg" zaczęła śnić mi się po nocy...po tej wizycie jechałam do urzędu pracy i w trakcie jechania płakałam całą drogę...nawet w urzędzie się nie powstrzymałam. I w tym samym dniu postanowiłam, że zacznę ćwiczyć. Brakowało mi ruchu. Dziś po 4 miesiącach pracy nad sobą jestem zadowolona ze swojego wyglądu. Waga??? To zostawię na razie dla siebie i lekarza...powiem, jak ostatecznie schudnę. Oczywiście moja walka nie obyła się bez łez. Wiele razy wypłakiwałam sie na ramieniu mojej trenerki..wydałam tyle pieniędzy na ćwiczenia z nią..a mimo to nie potrafiłam sie zmotywować do mniejszego jedzenia. Mój apetyt pomogły poskromić dopiero leki przepisane przez lekarza endokrynologa. I teraz wreszcie zaczęło być z górki...oby tak dalej. 




Chciałam przez to powiedzieć, że to my sami powinniśmy dojść do takiego momentu w życiu, że to my chcemy tej zmiany. My czujemy potrzebę czegoś nowego. Nikt z naszych bliskich, nawet mama, tata, siostra, mąż, żona nie mogą o tym decydować. To Twoje życie, to Twoja zmiana, To Twoja decyzja! 

2. KAŻDA ZMIANA ZACZYNA SIĘ OD PIERWSZEGO KROKU

No dobra..podjąłeś już decyzję, co chcesz zrobić ze sobą. Teraz trzeba wprowadzić te zmiany w życiu. Zrobić ten pierwszy krok, ale jak śpiewała Anna Jantar, ten pierwszy zwykle bywa najtrudniejszy...
Ale jest na to sposób, jak się zmotywować do pierwszego kroku. Bądź sam dla siebie psychologiem. Weź do ręki zeszyt/kartkę/notes/kalendarz i długopis/ołówek. Zapisz sobie swój cel, a potem wypisz etapy pośrednie do niego. 
Np CEL - ZMIENIĘ SWÓJ WYGLĄD
      1 etap - zrobię coś z włosami (zmiana koloru, zmiana fryzury)
      2 etap - kupię sobie 2 nowe bluzki, w kobiecym stylu (albo w każdym innym stylu, który chcesz nosić)
      3 etap - będę częściej biegać/wzmocnię kondycję
      4 etap - zacznę się lepiej malować

I dobrze sobie też wypisać np czas, jaki dajemy sobie na te etapy. To ważne. Zobaczycie, jaką radość Wam da już pierwsza pochwała/komplement na temat Twojego nowego wyglądu. Ja już kilka takich otrzymałam. Owszem, pisałam, że robimy te zmiany dla siebie...ale przecież lubimy komplementy! To normalne...za każdy wysiłek nasz mózg domaga się nagrody. To nic złego. Każde miłe zdanie doda Wam sił i szczęścia do dalszej walki o siebie :) 

3. KAŻDA ZMIANA POTRZEBUJE WSPARCIA 

Racja, znów mi powiecie, że pisałam o tym, że każdy sam..sam i sam...Zosia Samosia. Tak, owszem. Nasza zmiana ma być naszą zmianą, ale WSPARCIE DRUGIEJ OSOBY JEST NAM POTRZEBNE!!! Podzielmy się naszym postanowieniem z bliskimi. Może nie każdy będzie akceptował od razu nasze zmiany, inni żadnej reakcji mieć nie będą. Ale znajdą się osoby, które będą Cię wspierać. Ja mam takie osoby. Wystarczy nawet jedna osoba. Zawsze taka osoba jest nam potrzebna, np gdy mamy kryzys...kilogramy nie chcą schodzić...wciąż nie umiem być spokojna..gdzie ja mam znaleźć bluzkę w kwiatki w niskiej cenie i jeszcze w moim rozmiarze??? Koszmar :) Spokojnie. Każdy ma etap załamania. Ile razy ja miałam etapy załamania. Codziennie mam. Codziennie waham się, czy moja zmiana jest potrzebna, po co to robię? Skąd wiem, że po przemianie będę szczęśliwsza? Nie wiem tego, bo nie byłam jeszcze "nową Anią", ale chcę spróbować. To jest dla mnie wyzwanie, a ja lubię wyzwania. A Wy nie? Zawsze w chwilach kryzysowych potrzebne jest wsparcie. Jeśli jednak brakuje Wam takiej osoby, to poszukajcie filmików na You Tube o tym jak znaleźć motywację, albo po prostu obejrzyjcie kilka zdjęć kogoś, o kim mówiliście "chce być taka piękna jak Madonna!", to powieście sobie jej zdjęcie nad łóżkiem i niech to będzie Waszą inspiracją i motywacją. Każda motywacja jest dobra do osiągnięcia celu, byleby tylko nie krzywdzić nikogo w tym. 




W kolejnym poście opowiem dokładnie co robię każdego dnia dla siebie by osiągnąć mój cel. 

Do następnego postu 

07 kwietnia 2017

Napisać czy nie napisać? Oto jest pytanie!

Drodzy! 

Od jakiegoś czasu, w sumie to od dawna, ale od jakiegoś czasu bardziej myślę o tym, żeby napisać książkę. Od bardzo dawna umiem i lubię pisać...po to też jest mój blog...choć może mało popularny, nie zarabiam na jego pisaniu, nikt poza znajomymi nie wie o jego istnieniu...a jednak potrzebuję pisać. Od dawna lubiłam pisać. Wielu ludzi pisze do szuflady..kryje po kątach domu swoje zapiski, pamiętniki, dzienniki, wiersze...A ja uwielbiałam pisać listy. Część z moich znajomych wie, ile one dla mnie znaczyły. Nawet do dziś słyszę (czytam od tych osób, że te listy są jakąś ważną pamiątką po mnie...i chociaż ciągle przymierzam się do wznowienia pisania listów..coś mnie powstrzymuje). Kiedyś lubiłam pisać listy bo lubiłam kierować moje myśli do kogoś...miałam świadomość tego, że ktoś przeczyta. Od zawsze bałam się z kolei mówić, były czasy, kiedy ten lęk był silniejszy od wszystkiego. A w listach mogłam wyrazić wszystko, co czułam. Przez długopis moje słowa łatwiej się przelewało myśli na papier. Lubiłam przy małej lampce w pokoju siedzieć i zamiast odrabiać lekcje uwielbiałam pisać. Z czasem przerzuciłam się na Internet. A to dlatego, że tutaj szybciej moje słowa mogą dotrzeć do adresata...nie trzeba iść na pocztę, kupować znaczka a potem czekać w nieskończoność na odpowiedź ;) w Internecie mogłam szybciej wymienić się swoimi myślami. Zawsze też lubiłam język polski, zwłaszcza gramatykę, uczyć się jak ładnie budować zdania...jak opisać ładnie dany przedmiot czy sytuację. Bardzo lubiłam czytać już od małego sama czytałam bajki i lektury szkolne. 




Jedną z moich dwóch ulubionych książek była Ania z Zielonego Wzgórza, a ulubioną bohaterką - tytułowa Ania - moja imienniczka. Bardzo szybko poczułam, że jesteśmy jak siostry..tylko, że ja nie jestem sierotą...ale wiele razy w życiu tak się czułam. Nie chce tutaj opisywać skomplikowanego życia mojej rodziny ale bardzo często czułam się tak jak Ania...niekochana..niechciana..pomijana. Również w szkole zawsze mi dokuczano, byłam dla innych pośmiewiskiem, byłam wyzywana, wyśmiewana...czułam się jak śmieć. Taka prawda. Może za bardzo rozpamiętuję dzieciństwo, ale nie należało ono do szczęśliwego. Jednak miałam nieliczne osoby, które chciały ze mną wymieniać korespondencje. I uwielbiałam pisać. W dawnych czasach to było jednym z dwóch źródeł mojego szczęścia. Kochałam też muzykę, szczególnie Bajmu i w programie Jaka to melodia? Uwielbiałam ciepły głos Beatki i Roberta. I jeszcze Ich Troje i Wilki. Dla mnie Ci Artyści są kimś więcej niż artystami. Pomagali mi  w czasach, kiedy było bardzo źle. Zawsze miałam też marzenie, żeby ich poznać w jakimś stopniu, mniejszym lub większym. Do dziś nie wiem i nie umiem tego wytłumaczyć, jak to się stało, że część tych marzeń się spełniło. Szczególnie na ostatnim moim odcinku Jaka to melodia?



Przez wiele lat czułam się beznadziejnie...nie miałam poczucia własnej wartości, miałam pełno kompleksów i czułam samotność. I tak jest do dzisiaj ...ale po woli z tym walczę. Od dawna też walczę o swoje marzenia. Postawiłam sobie za cel w życiu, żeby zawsze mieć jakieś cele i marzenia w życiu...żeby do czegoś dążyć. Bo jak się nie ma celu to jakby się nie istniało. Marzenia są piękne i każdy na nie zasługuje..czy gruby czy chudy, czy ładny czy brzydki. Każdy jest człowiekiem. Ma tylko jedno życie i dlaczego mamy sobie odmawiać prawa do marzeń. Im bardziej nierealne tym bardziej chcę je osiągnąć. Chciałam też pokazać wszystkim, którzy kiedyś we mnie nie wierzyli i dokuczali, że też jestem kimś. I mogę coś osiągnąć. Że nie skończę w pracy tylko na etapie sprzątaczki...co niektórzy mi mówili...aczkolwiek też sprzątałam i to jako wolontariuszka..ale Ptasi Azyl to jest wspaniałe miejsce, w którym pomaga się chorym ptakom i mogłabym tam sprzątać godzinami ;) no ale człowiek potrzebuje też pieniędzy...wiem, trochę chaotycznie pisze...no cóż taka jestem. 

Ja, wbrew pozorom bardzo dużo przeszłam w życiu. Może nie były to najgorsze sytuacje, bo zdarzają się ludzie, rodziny którzy mają jeszcze trudniej..ale i mi nie było lekko w życiu. Mam w ogóle poczucie, że pierwsza połowa życia była najtrudniejsza...potem w czasach studenckich i po studiach moje życie można by porównać do sinusoidy...raz na górce...raz pod górkę...raz na samym szczycie...raz upadałam mocno na samo dno. I to dosłownie. Jak jakiś sukces...marzenie się spełniło to zaraz ktoś bliski umierał..albo choroba....zła sytuacja finansowa rodziny i nie tylko...do tego wciąż jestem sama...walczę z kilogramami...z chorobą neurologiczną...z endokrynologiczną..z nałogiem jedzenia...z samą sobą również. 



Przez ostatnie lata też dużo osób "przewinęło" się przez moje życie....jedni zaczynali ze mną znajomość...drudzy kończyli i tak na przemian. Zaczęłam poznawać nowych ludzi dzięki koncertom Bajmu albo w programie "Jaka to melodia?" ale i te znajomości nie przetrwały...ale są wyjątki. Odkąd znam się z dwiema dziewczynami...Kasią i Moniś...mam poczucie, że cokolwiek by się nie stało...ONE ZAWSZE ZE MNĄ BĘDĄ. Mimo odległości, które nas dzielą. Dziewczyny wiedzą o mnie wszystko a może nawet więcej niż wszystko. Rok temu poznałam także nową przyjaciółkę Kingę, z którą może mamy trochę różnic..ale im dłużej się znamy tym bliższe się czujemy. Dziękuje, że ze mną jesteście. Nie umiem wybrać tej jednej jedynej przyjaciółki. Mam w sumie jeszcze kogoś, kogo uważam za Przyjaciela, ..bo to najlepszy człowiek, jakiego poznałam do tej pory w życiu. Rozumie mnie jak nikt inny i mocno mi kibicuje w moich przemianach w życiu. Dziękuję Robert!!! Jesteś Najlepszy!!! 



Wiem też, że niełatwo się ze mną zaprzyjaźnić...początkowo wydaję się Wam miłą i łagodną osobą..ale jestem zodiakalnym baranem...zawsze siedziało we mnie w środku dzikie zwierzę ;) może dlatego tak mnie ciągnie do zwierząt...i to tych najbardziej dzikich i groźnych ;) Jak jestem zła to nie umiem się powstrzymać...ale zaraz znów płaczę...potem się śmieję i płaczę z radości. Mam za dużo emocji w sobie...tyle sie tego nazbierało we mnie przez życie. W końcu to już 30 rok życia. Czy czas wydorośleć? Dojrzeć? Być dojrzałą? A może zostać sobą, taką jaką się czuję? Nie wiem jeszcze...mam tyle wątpliwości...myśli...pytań do samej siebie. 

Dlatego chciałabym napisać książkę...trochę o sobie..ale przede wszystkim dla tych, którzy przestali wierzyć w siebie, którzy mają marzenia, ale się boją. Którzy zadają sobie pytania: "czy kiedyś los się do mnie uśmiechnie?" W tym problem, że los nie wszystkim się uśmiecha. Tak naprawdę ja każde moje marzenie, dosłownie każde łączyło się z bólem, rozczarowaniem, upadkiem na różnych etapach...nawet utratą wiary w siebie. I zawsze, kiedy tą wiarę już traciłam...zawsze cudownym jakimś zrządzeniem losu pojawiali się na mojej drodze dobrzy ludzie. I albo dodawali mi tej wiary albo pomogli spełnić marzenie. Czasem się zastanawiam...jak Beata w piosence "Między brzegami"..."nagle mi skarb podsuwa los...(...) albo "czasem boję się, że stracę to wszystko". 



Wiele razy też to właśnie piosenki Bajmu/Ich Troje/Wilków i Roberta J dodawały mi sił, były jakby moimi modlitwami, ale nic nie pomagało. Dopiero, gdy już straciłam wiarę w coś...to wtedy zdarzał się cud. Nie mogę powiedzieć dokładnie o wszystkim..bo nie sposób wszystko wymieniać. Niektórzy mogliby poczuć zazdrość czy inne złe uczucie. To wszystko chciałabym opisać w książce. Może nie ze szczegółami, bo część prawdy chcę zachować dla siebie..wierzę, że coś się spełniło właśnie dla mnie. A może to była jakaś nagroda za ten wieczny trud, ból, łzy. Dlatego jestem bardzo emocjonalną osobą. Bo moje życie ciągle niesie emocje, najczęściej złe, ale zdarzają się nieliczne chwile szczęścia. 




Chciałabym zacząć opisywać moje życie, dając jednocześnie ludziom porady, żeby nigdy nie zwątpili w siebie ani w dobrych ludzi. Bo nawet jeśli zostawiają Cię "przyjaciele" w jakimś momencie życia i  ja takich miałam "przyjemność" poznać to jednak przyjdzie moment, kiedy znajdą się przy Tobie dobrzy ludzie. To oni są tymi aniołami, które zsyła Bóg. I kiedy przychodzą momenty, że przestaję wierzyć w Boga...bo już bardziej nie potrafię niczego zdziałać, to przychodzi moment, kiedy wiara wraca. Wiara w dobrych ludzi...a ich jest więcej..i mocno wierzę w to, że ten świat...nie zginie nigdy dzięki nim...nieeeeee

Chcę napisać książkę..każdego dnia jeszcze bardziej...chcę w ten sposób podziękować osobom, które ze mną były w życiu, które pozwoliły mi zapomnieć o samotności i dały sens życiu. Nie jesteśmy stworzeni do życia w samotności. Nawet jak ktoś jest singlem to i tak potrzebuje ludzi...jeszcze bardziej niż ludzie w związkach...chciałabym też coś zostawić po sobie...po swoim życiu...jedni zostawiają wiersze...inni piosenki..inni piękne filmy. Ja chcę zostawić książkę. 

21 marca 2017

Piękna i Bestia

Kochani! 

Wróciłam właśnie z kina, gdzie obejrzałam premierowy film Disneya "Piękna i Bestia"...pierwszy raz tak spontanicznie poszłam do kina, mając chwilę wolnego czasu, postanowiłam zapoznać się z historią Belli...i jej wielkiej miłości do Potwora (tak, tak...zapoznać się. Może to dziwnie zabrzmi, ale jakoś nawet w dzieciństwie akurat tej bajki ani nie czytałam ani nie oglądałam...choć jak każda księżniczkowata bajka, mają podobną fabułę). Co ciekawe...to już kolejna opowieść, w której piękna dziewczyna o imieniu Bella, która zakochuje się (choć ta akurat nie od razu) w potwornej istocie (mam na myśli bohaterów sagi "Zmierzch) ;)




Wracając do właściwego filmu. Generalnie historia jest bardzo przewidująca, nawet jak ktoś wcześniej nie miał bliższego spotkania z tą bajką to mniej więcej jest przygotowany na następujące po sobie wydarzenia. Niemniej jednak tu wybrankiem serca nie jest przystojny książę lecz Bestia (która to postać przybiera jednak ludzką postać). 

W tym filmie możemy jednak znaleźć też cząstkę pewnej mądrości...dla nas samych. Próbowałam, od pewnego momentu, patrzeć na oglądaną historię, nie z perspektywy Belli, ale właśnie Bestii, która tak właściwie Bestią nie była. Przystojny książę i inne osoby z jego otoczenia zostali zaklęci w przedmioty lub własnie Bestię. Pomijając na chwilę samo zaklęcie, warto się zastanowić, podczas oglądania filmu na pojęciem słowa "piękno", czy też "brzydota". Co właściwie oznacza bycie pięknym? Czy tylko powierzchowność się liczy? A może pod "brzydką szatą" kryje się piękny człowiek o wrażliwym wnętrzu? Może jest zdolny do miłości większej i bardziej szczerej niż niektórzy "piękni"? Samo wyobrażanie sobie istoty pięknej (pięknej zewnętrznie) chyba wywodzi się z disneyowskich bajek, przedstawiających księżniczki jako idealnie szczupłe, piękne...choć czasem nie od razu (jak np Kopciuszek). Ale chodzi mi o to, że gdy przeciętny człowiek na słowa drugiej osoby np. "widziałem na ulicy piękną kobietę"...ma od razu wyobrażenie szczupłej, długonogiej blondynki w sukience, szpilkach itd. A czy puszysta osoba nie może być piękna? Albo będąca na wózku? A może ktoś nie ma rąk, nóg, ma piegi, grube okulary i aparat na zęby, jak np Ula Cieplak z serialu "Brzydula"? Czy piegi, okulary i aparat są atrybutem brzydoty? Od kiedy? Piegów się nie da od tak pozbyć, okulary są potrzebne krótkowidzom lub dalekowidzom do patrzenia a aparat, żeby mieć ładny uśmiech po jego zdjęciu. 




Ja przez wiele lat zmagałam się z brakiem akceptacji samej siebie pod względem wyglądu. Owszem, nie czuję się może ideałem piękna ale od pewnego czasu zaczęłam inaczej myśleć o sobie. Początkowo, widząc siebie na ekranie "Jaka to melodia?", czułam się ze sobą okropnie. Myślałam "Boże Święty, to naprawdę ja"?, jak to się stało, że znalazłam sie w Telewizji? Czemu pokazują mnie obok pięknej Anetki, Madzi i Agaty? Przecież w telewizji trzeba być wybitnie pięknym, a ja się taka nie czułam. Ale z czasem to się zmieniło. Dostaję wiele miłych komplementów na swój temat, zwykle po każdym z odcinków ale pomiędzy nimi też. Mam poczucie, że właśnie nagrania programu (już wiele razy mówiłam o tym, że dla mnie JTM to coś więcej niż ulubiony teleturniej) są dla mnie takim magicznym czasem, kiedy na chwilę mogę przemienić się z "kopciuszka" w "księżniczkę" ;) 




Ale potem...gdy przychodzą zwykłe dni...znów wracam do "dawnej siebie". Kiedy spoglądam w lustro, widzę wciąż tą samą "brzydką" osobę, w której brakuje uśmiechu. I choć może znajomi uważają mnie za pogodną i wesołą, to w głębi duszy czuję ciągły smutek, brak natchnienia, brak poczucia piękna samej siebie. Zwykle skupiam się na dążeniu do swoich marzeń...bo uważam, że każdy, czy piękny czy brzydki zasługuje na to, by spełniały się jego marzenia. Od zawsze moją ukochaną piosenką, która idealnie oddaje to, co czuję w środku jest piosenka "Brzydcy" Grażyny Łobaszewskiej. Chciałabym kiedyś przeżyć taką miłość, jak w tej piosence. 



Jednak od pewnego czasu coś się zmieniło. Odkąd zaczęłam chodzić na siłownię, dużo się zmieniło u mnie w tej kwestii. Już nie czuję się piękna tylko od czasu do czasu, jak np podczas nagrań JTM. Czuję się piękna cały czas. Choć początkowo też nie, ale im więcej ćwiczę, im więcej wyciskam z siebie potów, łez i bólu na siłowni, tym piękniejsza się czuję i w środku i na zewnątrz. Może nie widać na zewnątrz jeszcze większych efektów moich ćwiczeń, ALE CZUJĘ GIGANTYCZNĄ RÓŻNICĘ W MOIM WNĘTRZU I W MOIM SERCU. Uwielbiam patrzeć się w lustro w szatni, nawet robić sobie zdjęcia, choć nie pokazuję ich nikomu. Bo lubię się podobać sobie...nie innym ;) To chyba było mi bardziej potrzebne niż zrzucenie kilogramów. Oczywiście do tego też dążę i nie zamierzam zwątpić w siebie. Tak naprawdę kluczem do sukcesu nie jest wygląd zewnętrzny. Kluczem jest to, żeby podobać się samemu sobie, żeby nam było ze sobą dobrze, żebyśmy pod skórą i na skórze czuli się dobrze z samym sobą. Żeby nasze wnętrze i zewnętrze tworzyło jedną całość, wtedy jeszcze bardziej będziemy mogli walczyć o swoje kolejne marzenia. 



Mam nadzieję, że nie za chaotycznie napisałam i wszystkie moje słowa zostaną właściwie zrozumiane. Postanowiłam teraz w moich postach pobawić się trochę w psychologa. Nie jestem nim zawodowo, nie czuję sie jakimś wielkim ekspertem w tej dziecinie, ale przeżyłam wiele na własnej skórze i w swoim sercu. Chciałabym się moimi doświadczeniami podzielić z innymi. Może choć jednej osobie przydadzą się moje słowa. Bo to nie psycholog najbardziej nas zrozumie ( z całym szacunkiem dla wszystkich moich znajomych psychologów ;)) ale chodzi mi o to, że najbardziej krzepiące jest dla nas to, kiedy od drugiego człowieka (nie ważne, czy to przyjaciela, kogoś z rodziny czy też zupełnie kogoś obcego) usłyszymy słowa "rozumiem Cię", "też przez to przeszedłem", albo "a widzisz...wszystko jest możliwe". Te i inne słowa są bardzo potrzebne nam w życiu. Życzę wszystkim aby jak najczęściej słyszeli pozytywne słowa i żebyście nigdy w siebie nie zwątpili!!! 



19 marca 2017

Być kobietą...być kobietą...

Witajcie! 

Pozwólcie, że w dzisiejszym poście przedstawię Wam 4 kobiety, które są dla mnie wielką inspiracją w życiu (z osób poza moją rodziną). Od wielu lat je obserwuję, słucham, próbuję zrozumieć ich cel w życiu i to, jak ważne są dla nich marzenia. Dlaczego właśnie chcę przestawić 4 sylwetki 4 kobiet? Bo zwykle kobiety bywają nazywane słabą płcią...choć zupełnie niesłusznie. Oczywiście każda z nas jest inna i piękna na swój sposób, ale kobiety są wbrew pozorom bardzo silnymi istotami. "Kobiety muszą znosić wiele rodzajów bólu.." głosi jedna z reklam...i to też o czymś świadczy. W reklamie leków przeciwbólowych nawet jest mowa o tym, że są pewne rodzaje bólu, z którymi kobieta musi się zmierzyć i nie ma na to nawet lekarstwa. Nigdy nie byłam w ciąży i pewnie nie będę, ale podobno to najsilniejszy rodzaj bólu, jaki człowiek może doznać? I tylko kobiety go muszą znosić...ale w tym bólu rodzi się nowe życie. I to jest piękne. Kobieta musi wznieść się na wyżyny swoich możliwości, żeby ten ból przezwyciężyć i urodzić dziecko....szkoda, że nigdy nie będzie mi dane go przeżyć...


Kobieta tak naprawdę musi poradzić sobie z większą ilością przeciwności niż mężczyźni. Przez wiele lat kobietom przypisywano "tylko" rolę matki i gospodyni domu. Ma się zajmować domem, dziećmi, gotowaniem, sprzątaniem. O karierze zawodowej nie było nawet mowy. O tym m.in. opowiada film "Maria Skłodowska-Curie". Ona przez swoje wszystkie lata zmagała się z "byciem kobietą" wśród naukowego świata zdominowanego przez mężczyzn. Noblistka musiała stoczyć niezwykle trudną walkę z ówczesną rzeczywistością, w której pomimo swoich wielkich osiągnięć naukowych, była jakby uważana za kogoś gorszego, tylko dlatego że jest kobietą. 




Wracając do czasów obecnych, a jednocześnie wspominając ówczesne...kobiety ciągle muszą się z czymś zmagać...z czymś lub z kimś walczyć..o swoje prawa, o godną pracę, o samą siebie! A jak któraś jest singielką (czy to z wyboru czy nie) z ciągłymi pytaniami "Czy nie szukasz męża?", "Kiedy dziecko?", "Kiedy ślub?"...ratunku! Wiem, że jestem sama...nie trzeba mi o tym przypominać na każdym kroku. Myślicie, że to mnie nie smuci? Kiedy wszyscy dookoła mają już kogoś, rodziny, dzieci i są szczęśliwi...ja nie mam. Czy tak wybrałam? Nie wiem...życie za mnie wybrało. Ale ciągłe pytania o to powodują we mnie jeszcze większy ból...smutek...samotność. Co mam zrobić? Nie powieszę się za to, że jestem singielką. Też chcę normalnie żyć.




Może dlatego chcę wybrać życie (i pracę) przewodnika/podróżnika. Dzięki temu, że będę w podróży to zapomnę o samotności. Nawet nie, więcej! Będę szczęśliwa. Jestem teraz na takim etapie życia, w którym po woli, odważam się spełniać/ realizować takie życie, o którym marzyłam od zawsze. Tylko bałam się, czy z podróżowania da się żyć? Czy nie lepiej mieć stabilną pracę, w jednym miejscu, ciepłym, za biureczkiem? Nie...to mnie ogranicza. Nie satysfakcjonuje. Lubię czuć nutkę niepewności, przygody...lubię rozmawiać z ludźmi, w czasie podróży można poznać bardzo różnych ludzi....każdy człowiek wnosi coś wartościowego do naszego życia. Lubię się przemieszczać...już nawet jak pojadę na drugi kraniec mojego miasta to czuję się szczęśliwa. Pisząc te słowa tutaj nie mam na celu przekonywać nikogo do tego, żeby jak ktoś jest bez pary to musi przestać szukać drugiej połówki czy też poświęcić się swoim pasjom, ale ja tak wybrałam...teraz jest ten moment, ("to właśnie teraz jest ten czas...właśnie czas zakwitnąć") kiedy przekroczę próg 30-stki, teraz właśnie zaczyna się prawdziwe życie. Chciałam tym postem przekonać samą siebie, że to jest to, czego chcę. Życie takie, jakie ja chcę przeżyć.  Małymi kroczkami dojdę do celu!!! :)



Zapraszam wszystkich na kolejny post, w którym opowiem o 4 kobietach (miałam to zrobić w tym poście, ale moje myśli podczas pisania powędrowały trochę w innym kierunku) które są dla mnie wielką inspiracją w życiu. Może i Wy znajdziecie w nich, coś co Was zainspiruje do wiary w siebie. Te, które chcę opisać to oczywiście nie te, których zdjęcia zdobią ten post ;) Choć również je podziwiam ;)

17 marca 2017

Zmiany..zmiany...zmiany

Kochani, 



I znów dawno mnie tu nie było...pomimo prób wznowienia pisania bloga, coś nie mogłam znaleźć w sobie weny do pisania...może to też brak czasu...ciągła gonitwa między pracą, domem, siłownią, wykładami, spacerami po Warszawie, często w mrozie i śniegu, w domu chciało mi się po prostu odpocząć wieczorem, pogadać ze znajomymi niż tu się uzewnętrzniać. Zaczęłam żyć bardzo aktywnie, tzn nigdy nie byłam domatorką, ale były czasy, kiedy z powodu depresji nie miałam siły nawet się ubrać i wyjść a nawet jak wychodziłam z domu to szłam do parku lub nad Wisłę, żeby się wypłakać...okropnie trudne czasy. Na szczęście już za mną. 

Teraz, od pewnego czasu weszłam w nowy etap życia, właściwie chcę teraz bardzo wiele zmienić w swoim życiu. Nigdy nie byłam też osobą, która boi się zmian w życiu, ani dążyć do ważnych celów i marzeń. Kilka z nich się już spełniło i do dziś nie wierzę, że to prawda. Jednak w środku, w mojej duszy ciągle byłam tą samą osobą. Próbowałam być silna...nie wyszło..próbowałam zaakceptować swoje ciało...nie wyszło...próbowałam nie zwracać uwagi na opinie innych i złośliwe uwagi (może czasem zbyt wrażliwie odbierane)...nie wyszło. No cóż? Taka byłam i jestem jeszcze nadal. Jednak każdy jest tylko sobą, należy uszanować to. Jedni są łysi, inni okularnicy, jeszcze inni nie widzą, albo są grubi/puszyści albo za chudzi? Czy to jest powód, by ich hejtować? Klasyfikować do kategorii "gorsi", "inni niż my". Do tego dochodzi czasem straszna samotność...gdzie obcując wśród wielu ludzi można poczuć się najbardziej samotnym, niezrozumianym...niechcianym? A mało kto pomyśli o tym, co takie "osoby gorsze" czują w środku? A może walczą każdą swoją komórką ze swoim nałogiem i przy tym są zupełnie sami? 



Tyle koszmarnych myśli nazbierało się we mnie w ciągu ostatnich miesięcy, kiedy to próbuję podsumowywać moje dotychczasowe życie...bowiem zbliżają się moje 30 urodziny. 1 kwietnia 2017 to data, która wywoływała u mnie lęk od ponad 2 lat. Jak to, ja i 30 lat? Przecież wyglądam tak młodo? Czy skończyły się najpiękniejsze czasy? Jakie było moje życie? Bałam się tego wieku, wejścia w nową dekadę życia. 

Ale pomyślałam sobie, a było to na początku jesieni 2016...czy zamiast bać się moich 30 urodzin, nie lepiej stawić im czoła? Może wreszcie zrobić coś dla siebie, "zacząć tak, jak chce się żyć"- jak śpiewał Robert Gawliński w swojej piosence. Zacząć być dojrzałą kobietą, w pełni świadomą swojego życia i potrzeb, zarówno zawodowych jak i prywatnych. Być wreszcie sobą...prawdziwą sobą. Kimś, kto zawsze siedział w środku mnie, a nie miałam odwagi tego pokazać. Mój lęk przed uzewnętrznieniem się był bardzo silny...trochę pomógł mi program "Jaka to melodia?", dzięki występom w nim poczułam się lepiej i pewniej sama ze sobą..ale i tak to nie wystarczyło. 



Dziś już wiem, jaka chcę być przez najbliższe lata i resztę życia. Nie chcę zamartwiać się tym, co było. Rozpamiętywać przykre zdarzenia z przeszłości. To i tak nic nie zmieni. A zacząć żyć życiem teraźniejszym, nie przeszłym. Przestałam się też użalać nad tym, że jestem samotna...wróć. Jestem singielką! I dobrze mi z tym. Może nie wszystkim jest przeznaczone życie w parach. Widocznie u mnie tak jest. Od zawsze marzyłam, by podróżować...nie tylko po Polsce, ale też po Europie i innych kontynentach. Mam duszę odkrywcy i obserwatora....mam chęć poznawania ludzi, świata, zwierząt. Kocham otwarte przestrzenie, kocham pięknie widoki, krajobrazy. Kocham robić zdjęcia. Nie znoszę być zamknięta...w domu..w biurze...w ciasnych pomieszczeniach. Potrzebuję wolności...jak ptaki. Ale nie w klatkach...chcę być ptakiem, który z tej klatki wyfrunął...jak w piosence "Szczęśliwej Drogi Już Czas". Zakochałam się w tej piosence jeszcze w podstawówce, kiedy śpiewałam ją razem z moim chórem szkolnym na zakończenie nauki w szkole podstawowej. Od zawsze marzyłam, żeby zamienić słowa tej piosenki w czyn. A jaka będę gdy dojdę do celu...? Tego jeszcze nie wiem...ale mam nadzieję, że wkrótce coś z tego wyjdzie ;)


27 listopada 2016

Kurs Przewodnika Po Warszawie

Witajcie Kochani Czytelnicy! 

I znów dawno mnie tu nie było, ale dziś chciałabym opowiedzieć Wam o tym, czym się zajmuję od kilku tygodni, a mianowicie rozpoczęłam dłuuuugo wyczekiwany (bo chyba jeszcze za czasów studiów zaczęłam o tym myśleć) kurs przewodnika po Warszawie. Od dawna chciałam uczestniczyć w takim kursie...wcześniej chciałam go zrobić głównie po to, by bliżej poznać moje miasto. Co prawda mieszkam w nim od urodzenia, ale moja wiedza na temat miasta okazuje się bardzo znikoma :( szczególnie jeśli chodzi o historię. Prędzej powiem wiem, gdzie znajduje się dana ulica, park, jak dojechać do różnych miejsc (i to nie wszystkich, np prawobrzeżna Warszawa przez wiele lat była mi zupełnie obca - nigdy nie miałam potrzeby tam jeździć dalej niż Ogród Zoologiczny, ale i Pragę coraz bardziej lubię). Mimo to wciąż mało wiem o historii miasta, jak żyło się moim przodkom w latach PRL-u, a jak w XIX wieku? Jak bardzo zmieniła się Warszawa po II wojnie światowej, a właściwie to można powiedzieć, że Warszawa przed wojną a Warszawa obecna to dwa różne miasta...bo przecież to pierwsze zostało prawie całkowicie zrównane z ziemią :( 



Na te wszystkie moje pytania, wątpliwości, zagadki warszawskie zawsze chciałam znaleźć odpowiedzi i dopiero teraz na kursie mogę się tak wiele ważnych informacji dowiedzieć. 

Kiedy niedawno miałam 2,5 letni okres bezrobocia...zaczęłam zastanawiać się (w międzyczasie szukania tymczasowej pracy), co tak naprawdę chcę robić dalej w swoim życiu zawodowym. Od zawsze, a raczej od czasów podstawówki ukochałam sobie 2 dziedziny wiedzy: biologię i geografię...chciałam studiować obydwa kierunki, nie wiedziałam, który wybrać...jednak z różnych powodów zdecydowałam się na biologię. Miałam też marzenie, żeby nauczać innych wiedzy z tych przedmiotów/dziedzin. Nie koniecznie w szkole, wolałabym bardziej właśnie gdzieś w muzeum czy w zoo czy ogrodzie botanicznym dawać takie lekcje w terenie. Jako uczennica często chodziłam z klasą do takich miejsc, do muzeów, do teatrów itp. I chociaż wtedy byłam za mała, by wszystko rozumieć, dziś jestem wdzięczna za te wycieczki. Dzięki temu, teraz obecnie bardzo lubię chodzić i do różnych muzeów i do teatrów. W tych miejscach najbardziej można poczuć, że wiedza może być przekazywana również w innych pomieszczeniach niż szkolne mury, do których chyba mało kto lubi chodzić. Dodatkowo pracy w szkole bałam się ze względu na to, że nie chciałabym być wychowawcą klasy. To nie dla mnie...nie umiem wychowywać....od zawsze chciałam nauczać. Od zawsze ceniłam sobie pracę nauczyciela, wykładowcy...dobrego nauczyciela i dobrego wykładowcy. Ja wiele moich pasji, zainteresowań zawdzięczam właśnie nauczycielom i doktorom/profesorom na uczelni. Poprzez przekazywanie wiedzy można zaszczepić w uczniu/studencie pasję do jakiejś dziedziny. 



Dlatego i ja chciałam być taką osobą, która naucza, która potrafi zaciekawić innych, która nie prowadzi zajęć w monotonny, nudny sposób, tylko tak, aby inni coś wartościowego wynieśli z moich zajęć. 




Dlatego...w wyniku mojego dumania...wymyśliłam, że chciałabym być przewodnikiem po Warszawie, szczególnie chciałabym prowadzić wycieczki szkolne. W dalszym etapie chciałabym też, po ukończeniu kolejnego kursu, być pilotem takich wycieczek...po naszej pięknej Polsce. Tak, właśnie po Polsce. Podczas, gdy jest mnóstwo ludzi, którzy pokazują innym piękno Europy, Ameryki, Azji...i innych kontynentów...ja chciałabym przekazywać dzieciom moją miłość do Polski, do Warszawy, do mojej ojczyzny. Możliwe, że to będzie mniej płatne...nie szkodzi. Ja chciałabym po prostu to, co podpowiada mi moje sumienie i serce. 




Marzę też, żeby pokazywać ludziom Warszawę nie tylko pod względem jej historii (ta dziedzina nie jest moją mocną stroną), ale bardziej pokazywać i przybliżać dzieciom kulturę, sztukę i przyrodę Warszawy..moje miasto od jej najpiękniejszej strony...od historii Warszawy są inni przewodnicy, jest ich bardzo wielu....a mało kto chce pokazywać miasto takim, jakie jest obecnie. Owszem, o historii można wspomnieć, wręcz trzeba...ale moim zadaniem będzie (mam nadzieję, że moje plany i pomysły się zrealizują) pokazywać najmłodszym mieszkańcom stolicy, miasto takie, w którym żyją obecnie. Jest tyle pięknych, ciekawych miejsc, które są może trochę zapomniane, a warto je zobaczyć, odwiedzić. Warto też poznać Warszawę od jej przyrodniczej strony, a wiele gatunków zwierząt można spotkać w tym mieście i nie tylko psy, koty i gołębie...ale także dzięcioły, lisy, bączki (takie rzadkie ptaki, nad Jeziorkiem Czerniakowskim). Chciałabym też oprowadzać po warszawskim zoo. Nie wiem, czy coś z tych moich planów wyjdzie, ale przynajmniej robię pierwszy krok w tym kierunku. Nigdy nie jest za późno na realizację marzeń, nawet tych najbardziej szalonych :) 


03 listopada 2016

Powrót do pisania bloga i fotograficzna relacja z wyprawy do Białegostoku

WITAJCIE KOCHANI,


Dawno mnie tutaj nie było...aż stęskniłam sie za Wami i za pisaniem dla Was nowych postów. Moja nieobecność miała kilka powodów, również nieco brak weny twórczej, jednak teraz znów chcę wrócić do pisania.

Ostatni post napisałam w sierpniu po nagraniu mojego wymarzonego odcinka Jaka to melodia? co wywołało u mnie wiele emocji, do tego praca...kolejne podróże...do Białegostoku i Łodzi, rozmyślania o przyszłej pracy w branży turystycznej...to wszystko zaprzątało moją głowę :)

A oto moje wspomnienia z podróży do Białegostoku i Łodzi..zapisane na fotografiach









Jak widać na powyższych zdjęciach, do Białegostoku pojechałam z Kingą na koncert Bajmu, oczywiście spotkałyśmy się z naszą koleżanką Anią (z naszej melodiowej rodzinki ;)), która oprowadziła i opowiedziała nam o najważniejszych miejscach w Białymstoku....

















































W następnym poście zabiorę Was w wirtualną podróż do Łodzi :)

MOJE PORADY NA ZMIANY

Cześć Kochani!  Co u Was słychać? Jak tam Wasze noworoczne postanowienia? Czy coś Wam się udało już osiągnąć? Piszcie w komentarzach.  ...